niedziela, 24 lipca 2011

part twelwe < 3

okay, nad odcinkiem troszkę siedziałam, aczkolwiek myślę, że jest odpowiednim zwieńczeniem serii bez konkretnej nazwy. Na kolejne opowiadanie nie mam tymczasowo pomysłu, pewnie wymyślę wam jakiegoś słodziutkiego Frerardza, że dostaniecie cukrzycy, koteczki. Tymczasowe zawieszenie broni! Bo jak wiadomo "ART IS WEAPON" a myślę, że sztuka pisania też podchodzi pod zjawisko "ART". W każdym bądź razie aloha. PS: baardzo dziękuję za wszelkie milutkie komentarze, aż się cieplutko na serduszku robi *w*

ENJOY LAST FRERARD OF THIS SERIE < 3

Hm.. nie wiedziałem, że czas mija tak szybko. No prawda, przy dobrej zabawie, przyjemnościach i przyjaciołach. Ale żeby nie odczuć, jak ze środka kwietnia robi się końcówka czerwca? Ano widzicie, tak mi się udało. Byłem cały czas szczęśliwy, jakby najarany powietrzem. Trochę się wszystko zmieniło, pewnie jesteście ciekawi jak i co. Więc…
Zacznę od Loli. Tak, wydaje mi się że jej nie lubicie. Też miałem tak początkowo, wkurzała mnie aż do tego „zerwania” ze mną. Potem, tak jak powiedziała, zaprzyjaźniła się ze mną. Fakt, często coś kłuło ją w mózgu, ale wiedziała, że tego nie lubię. Jest naprawdę inteligentną dziewczyną, oczywiście, kiedy tylko tak chce. Jak się okazało mieliśmy wiele tematów do rozmowy, w co nigdy wcześniej bym nie uwierzył. Niestety, coś co ciągle, strasznie mnie denerwowało to to, że po każdym swoim spotkaniu z Mariolą (tak, ciągle są razem) dokładnie mi opisywała co ze sobą robiły. Ja rozumiem, mogą się mocno kochać, czy jak to ona mówi loffciać, ale proszę, dziewczyno, nie mów mi co wy tam ze sobą robicie w łóżku! Dobrze, mógłbym wymieniać godzinami jej wady i zalety, ale ogólnie rzecz biorąc była nawet spoko kumpelą. O właśnie, jeśli wywodzi się o kumpli.
Z Mikey’em jest już wszystko w porządku, niedawno zdjęli mu gips i teraz porusza się jak zgrabny jednorożec (tak, właśnie, poznałem jego mroczne umiłowanie). W prawdzie nie miałem z nim za dużo ostatnio kontaktu, stwierdził, że musi nadrobić zaległości w strzelankach, i od tego czasu siedzi w swojej pieczarze. Spotyka się tylko czasami z tą dziewczyną, którą poznał w szpitalu. Dla waszej wiadomości, są parą. A i nie tylko oni. Ray i Bob podobno też znaleźli sobie dziewczyny. W prawdzie nie wiem, z kim randkuje Ray, wciąż mówi, że dowiemy się kiedy indziej, ale mogę się założyć, że na pewno jest ładna. Zgadniecie może z kim się spotyka Bob? Też kiedyś wyśmiałbym osobę, która by to powiedziała. Jednak widziałem jak się całowali. Bob spotyka się z małą Emo, która kiedyś musiała tańczyć ze mną walca. Też dziwnie mi się to stwierdza, ale.. nawet do siebie pasują. Jak to kiedyś epicko Gerard stwierdził, jak żyletka do metalu, chociaż Emo się nie cięła, a Bob nie był metalowcem.
Domyślam się, że nie możecie już wytrzymać, bo cały czas odbiegam do tematu Gerarda. Ale, dajcie mi jeszcze coś krótko bąknąć o mojej rodzince, dobra? No więc się powiększyła. I to nie tak, jak się spodziewałem. Nie o braciszka, ale o siostrę. Mama przedwcześnie urodziła, ale nic jej, ani dziecku nie zagraża. Na domiar dobrego, dowiedziałem się że mój ojciec, ten biologiczny, znalazł sobie nową partnerkę i nie zamierza więcej męczyć mojej mamy. Teraz to mama trochę męczy mnie. Otóż, od kiedy wprowadziliśmy się do tego miasta, podejrzewała, że dzieje się ze mną coś nie tak. Po tym jak wrócili z tego całego „służbowego wyjazdu” razem z Gregiem, stwierdziła, że nie kręcą mnie kobiety. No i miała rację, kilka dni później znalazła mnie na mieście, kiedy wymienialiśmy z Gerardem namiętnie buziaki. Początkowo tego nie rozumiała, prosiła, żebym to skończył. Uciekłem wtedy na kilka dni, sami się skapnijcie do kogo, i tym samym zmusiłem matkę do odpuszczenia walki z moją orientacją. Patrzała teraz na mnie dziwnie i była zawsze opryskliwa, kiedy odwiedzał mnie Gee, ale cóż poradzić, mam mamę homofobkę.
A teraz to, na co wszyscy czekali.. Okay, nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że wciąż jesteśmy razem. Wszystko cudnie, miodzie i tak dalej. Teraz myślicie, że to sarkazm, ale prawda jest taka, że od początku naszego związku pokłóciliśmy się tylko raz. Gerard chciał zabrać mnie na pierwszą, oficjalną randkę i zastanawialiśmy się, dokąd pójść. Ja chciałem na żelki, on chciał na ciastka. Strzeliłem focha na pięć minut i wiecie co tak naprawdę wygrało? Kawa, którą obaj kochaliśmy prawie tak samo mocno jak siebie. To naprawdę głębokie uczucie do przedmiotu nieożywionego. Tak .. Wiem, co roi się w waszych niewyżytych mózgach. Czy już TO zrobiliśmy. Odpowiedź jest jedna, nie. Kilka razy było bardzo blisko, jednak coś nas powstrzymywało. Nie martwię się tym, miłość nie polega przecież głównie na seksie, tylko więzi łączącej dwie osoby. Ale, żeby was nie schłodzić powiem, że w wakacje planujemy wypad jego motorem przez jak największy obszar Stanów nocując w przydrożnych motelach lub, jeśli szybko się ściemni, pod gołym niebem. Idealne warunki na dużo czułości, prawda?
O, skoro zacząłem już nawijać coś o szkole, mnie też mają teraz za pedała, teraz już tak oficjalnie. Nie wiem, czy to przez to, że raz, dla żartu włożyłem różową bluzę, od której można było oczopląsu dostać, czy dlatego, że obaj z Gerardem zachowywaliśmy się jak najzwyczajniejsza para. Chodziliśmy za rękę, czule dotykaliśmy, a czasem podpieszczaliśmy w mało uczęszczanych korytarzach. Czasami, kiedy z resztą chłopaków odpoczywaliśmy na trawie przed szkołą zdarzało mi się leżeć na Gerardzie. Im to zupełnie nie przeszkadzało, cieszyli się szczęściem moim i jego. Chociaż, dla większości wyda się to nienormalne. Takie jest ogólne założenie, ale jakoś nie akceptowali tego tylko uczniowie ostatnich klas, ci którzy nie wybrali się na studia. Reszta, czyli nasz rocznik i młodsi, patrzeli na nas ze swego rodzaju podziwem i próbowali naśladować. Jeśli komuś to wadziło, to nie wiem komu, jakoś nie usłyszałem żadnego komentarza. Oczywiście, nie żeby wszyscy nagle stali się homoseksualni, ale i tacy się znaleźli. Chodziło głównie o to, że nikt już zbytnio nie krępował się okazywać uczuć. Na przykład jedna z najładniejszych dziewczyn w szkole (muszę przyznać była rodzoną pięknością) nie bała się przytulić do zwykłego, cichego chłopaka w dodatku z młodszej klasy, ale nie na pokaz, tak prawdziwie, z uczucia. No ale co, miłość o nic nie pyta, tylko atakuje znienacka.
A teraz, jeśli chodzi o nasz zespół…
To był jeden z ostatnich dni w roku szkolnym. Kupiliśmy sobie po lodzie w sklepiku szkolnym i wolno je pochłaniając szliśmy sobie spokojnie pustawym korytarzem. Wtedy Gerard zauważył jakiś plakat, od razu do niego podbiegł. Było to zaproszenie na uroczystość pożegnania ostatnich klas. Jakby to nas interesowało. Ale mój chłopak wyglądał na wyraźnie podkręconego. Pod spodem dostrzegłem napisany drobnym drukiem punkt „zapraszamy wszelkie kapele, grupy taneczne, solowych artystów, którzy chcą we wspaniały sposób uczcić tę okazję”. Obok znajdował się pliczek kartek, długopis i skrzynka, z kilkoma już zgłoszeniami. Nie pytając nikogo o zdanie, właściwie mógł zapytać tylko mnie, bo byliśmy sami, wpisał na kartce „My Chemical Romance.” a u spodu dodał „chcemy być ostatni, jeśli łaska”. Całkiem fajna nazwa dla zespołu w którym gram. Macie mnie, dotąd nie wiedziałem jak się nazywamy. Wrzucił kartkę do pudełka, wziął prawie wszystkie pozostałe kartki i wyrzucił do kosza, zostawiając zaledwie dziesięć szans na występ. Z szatańskim uśmiechem otoczył mnie ramieniem, zaciągnął w róg i.. nie będę wam opisywał co robiliśmy, wiedzcie, że w szkole nie pozwalamy sobie na za wiele.
Nadszedł ten pozornie smutny dzień. Zjawiliśmy się szybko w szkole, licząc, że w razie co, wskoczymy na ostatnie miejsce. Na szczęście udało nam się i mieliśmy wystąpić jako ostatni. Byliśmy jedynym zespołem, który miał zagrać. Nie wiem jak, ale na boisku szkolnym rozstawiono dużą scenę a pod nią ustawiono około pięciuset krzesełek, czyli jakoś dla niecałej połowy szkoły. Bob zaczął przestawiać coś w perkusji, nie mógł przywieść swojej, a to troszkę komplikowało sprawę. Miał inaczej poustawiane talerze, a werble powstawiane w złe miejsca. Ray pomógł mi naciągnąć nową strunę na gitarę, po czym zabrał się za strojenie swojej własnej. Poszedłem w jego ślady. Usiadłem na głośniku i zacząłem przekręcać . Wtedy podszedł do mnie Gerard, uśmiechnął się słodko i delikatnie przysunął.
- Wiesz, że to trochę bez sensu? – zacząłem. Pokiwał głową.
- Taa, wiem, że nie lubimy tych klas, szczerze wolałbym ich wszystkich opluć niż dla nich grać. Okay, ja śpiewam. Ale może to będzie jakaś mała szansa na wybicie, nie pomyślałeś? – teraz to ja machałem włosami w górę i w dół. Gerard subtelnie musnął mnie w policzek. – Zobaczysz, jeszcze coś wymyślę.
Przed nami wystąpiły dwie grupy taneczne, jedna tańcząca do hip hopu, co całkiem fajnie im wyszło, a druga tańczyła… ni to techno ni to disco polo, w każdym razie zachowali się jak na dyskotece, nie myśląc czy lizanie się na scenie przy durnych, powtarzających się słowach „dalej, dalej, całą noc” jest efektowne. Wystąpiło jeszcze kilka dziewczyn śpiewających piosenki Beyonce, Marylin Monroe czy Shakiry. Nie myślcie, że znam te wokalistki, zapamiętałem z zapowiedzi. Potem jakiś durny kabaret, w którym nie wiedziałem o co chodzi. W sumie nikt tego nie rozumiał, grupa nie dostała ani głośnych braw ani nawet cichego śmiechu. Wszyscy jakby skamieniali. Na koniec, tuż przed nami wystąpił chłopak z pierwszej klasy. Był drobny, za to ubrany w za duże, raperskie ciuchy. Wszedł na scenę z gitarą, usiadł i zaczął grać wolną balladę Guns’n’Roses. To poznałem po pierwszych taktach. Miał niesamowity wokal, prawie tak samo dobry jak Gerarda. Moim zdaniem był to pierwszy udany występ. Zostaliśmy tylko my, więc mam nadzieję że zostawimy dobre wrażenie.
Przyszła nasza kolej. Gerard szybko wbiegł na scenę, dotarł do mikrofonu i wycharczał do niego coś między „siema” a „skurwiele” jednak nie znając go trudno by było to zrozumieć. Rozstawiliśmy się na swoje miejsca, sprawdzając czy instrumenty wciąż są nastrojone. Okay, wszystko gotowe. Zaczął Bob, zastukał pałeczkami w górze, po czym wolno wystukiwał rytm. Wszedł bas Mikey’a a potem Ray. Czyli gramy piosenkę, którą Gee napisał dla mnie? Oh, jak słodko. Prawie bym się zagapił i ominął moją kolej, gdyby Gerard w porę się nie odwrócił i nie przestał uśmiechać. Wtedy pierwsze słowa trafiły do publiki. Usłyszałem kilka kobiecych pisków, jęków czy coś w tym stylu. Do wcześniejszej małej grupy uczniów stojących pod sceną dołączało coraz więcej osób, coraz więcej skakało w rytm naszej muzyki. Nawet nie ogarniecie, jak w takiej chwili czuję się zajebiście. W dodatku, jakby robił to specjalnie, Gerard przechodził koło mnie, przesuwał palcami po moich ramionach, śpiewał mi tuż przy uchu.. reakcją ze strony widzów był jeszcze głośniejszy, podniecony jazgot, jakby wszystkim się to podobało. Przyszedł czas na moją solówkę. Uklęknąłem na scenie, położyłem się na piętach i wypiąłem do góry. Szybko jeździłem po strunach i zmieniałem tonację. Krzyk z zewnątrz był niesamowity, sprawiał że byłem pewniejszy, grałem coraz szybciej i głośniej. Pod koniec solówki Gee przeskoczył nade mną, lądując ledwie kilka centymetrów przed końcem sceny. Przestałem grać, doskoczyłem do niego i uratowałem od upadku. Piosenka zaczynała się rozklejać, szybko musiałem dołączyć, Gerard musiał zacząć śpiewać. Oparci o swoje plecy dokończyliśmy występ, z końcem którego pod sceną była prawie cała szkoła. Tylko ostatnie klasy siedziały z kamiennymi twarzami na krzesłach. Ostatni krzyk do mikrofonu. Otoczył mnie ramieniem, za chwilę mieli podbiec do nas Mikey, Ray i Bob. Wykorzystałem maksymalnie napalenie widzów, rzuciłem się Gerardowi na szyję i mocno pocałowałem. Nie mogło to trwać dłużej, bo nasi przyjaciele nas od siebie odciągnęli. Razem się ukłoniliśmy, szczerząc jak głupi. Zeszliśmy przy głośnych owacjach. Na scenie został jeszcze Gee. Tańczył chwilkę jak opętany, po czym znowu dorwał się do mikrofonu.
- Chciałbym powiedzieć coś jeszcze do ostatnich klas.. – zaczął, po czym zaśmiał się jak szaleniec. Co on do jasnej cholery wyprawia?! – Dear bitches and motherfuckers, spierdalać, zanim włączymy zraszacze.
Tego nikt się nie spodziewał. Zgromadzeni pod sceną ludzie zaczęli kolejny raz głośno piszczeć i krzyczeć. Między siedzącymi na krzesłach uczniami zapanowało poruszenie. Wstało kilku mięśniaków i ruszyli w naszą stronę. Gerard zbiegł ze sceny, chwycił mnie i Ray’a za ręce, zaczęliśmy biec. Za nami równie szybko podążali Bob i Mikey, a za nimi, wolno w oddali poruszali się pakerzy. Dobiegliśmy do pustego pokoju wuefistów, nie był zamknięty, ani nic w tym stylu. Gee chwycił pięć kii do krokieta, każdemu wręczył po jednym, a sam wziął jeszcze pałkę do bejsbola. Do końca nie rozumiałem co się dzieje, podobnie jak reszta. Mój chłopak znowu nas wyciągnął. Na korytarzu pojawili się mięśniacy. Było ich siedmiu, nas tylko pięciu, w dodatku słabszych. Ustawiliśmy się w szeregu, jeden obok drugiego, udając pewnych siebie. Jeden z tamtych podszedł do Gerarda. Spojrzał na niego groźnie z góry, a Gee zmarszczył nos.
- Koleś, teraz albo przeprosisz, albo będzie wpierdol. – warknął mięśniak. Nie doczekał się odpowiedzi, bo oberwał z całej siły moim kijem w głowę.
*
- Oj, to troszkę groźnie wygląda, urwipołciu.- mruknęła pielęgniarka patrząc na moją rękę. Obwiązał ją bandażem, spryskała jakimś sprejem i zapisała coś na kartce. – Że wam się tak chciało bić pod koniec roku.. Wybaczcie, będę musiała zadzwonić do waszych rodziców. – i wyszła.
Siedzieliśmy w gabinecie lekarskim, gdzie śmierdziało amolem i starymi bandażami. Bójka nie wyszła nam na dobre, mięśniacy zaliczyli najwyżej kilka siniaków. No, jednemu rozwaliłem głowę, ale to nic poważnego. Za to mnie złamali rękę, Gerardowi nos a Bobowi nogę. Dodatkowo Mikey skręcił nadgarstek, a Ray zbił sobie kość ogonową. Ponadto każdy z nas miał teraz cudowną kolekcję siniaków i odzież modnie poplamioną krwią. W takich chwilach myślę tylko „mogło być gorzej”. Gee przysunął się do mnie i otoczył ramieniem.
- Boli, kochanie? – zapytał słodko. Pomachałem palcami i skrzywiłem się z bólu.
- Trochę, a ciebie? – pokręcił głową zaprzeczając. – To dobrze. – nachyliłem się, żeby go pocałować. Chwilę jednak przed tym zetknęliśmy się nosami, na co głośno zasyczał i się odsunął.
- Haha, macie bana na całowanie. – zaśmiał się Mikey.
- A ty masz bana na gierki. – Ray wskazał na jego nadgarstek. Mikey wytrzeszczył oczy i kopara mu opadła. – Na grę na basie w sumie też. – gdyby miał sztuczną szczękę, z pewnością by wypadła.
- A ty, Raymondo, masz bana na.. – zaczął Bob, ale już go nie słuchałem. Oparłem się o ramię Gerarda i przymknąłem oczy. Normalnie kocham tych wariatów.
Każde opowiadanie ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie. W naszym przypadku wstęp ledwie się zakończył, nawet nie wiecie jak. Pewien biznesmen, przejeżdżając koło naszej szkoły usłyszał naszą grę. Spodobało mu się jak porwaliśmy tłumy, jak w prosty sposób zmusiliśmy ich do krzyku. Zaoferował, że przedstawi nas wytwórni płytowej, w której pracuje. Tak zaczyna się nasza wielka przygoda. Nie wiem, jak się skończy, jak się potoczy. Może będzie nędznie. Ekstremalnie. Na pewno romantycznie. Ohydnie. Czasem nawet tragicznie. Ale jednego jestem pewien. Będzie chemicznie.


piątek, 22 lipca 2011

part eleven < 3

Masz mnie, no proszę cię masz. xD Dana osoba wie o co chodzi i niech wie, że mój "musk" nadwyrężył się przez to myślenie. Przepraszam jak coś, że za szybko. Enjoy :D
***
part eleven < 3
Czekałem dobre pięć minut w miejscu, w którym się umówiliśmy. W końcu, zobaczyłem jak idzie z kimś, kogo płci nie umiałem rozróżnić. Zamienili kilka słów i szybko, w długich butach na niskim obcasie, podbiegła do mnie. Wyglądało to śmiesznie, jakby zaraz miała się przewrócić. Jakimś cudem udało jej się przebyć ponad sto metrów bez upadku. Omiotłem ją wzrokiem i, ku mojemu zdziwieniu, pierwszy raz odkąd ją poznałem wyglądała dobrze. Krótka, zwiewna spódniczka z kwiatowym wzorem i do tego biały, dopasowany bezrękawnik, eksponujący jej duży biust. Na szczupłych nogach miała jeszcze brązowe kozaki a na rękach i szyi skórzaną, lekka biżuterię. Loki, teraz koloru delikatnego blond, wyglądały prawie naturalnie. Czyli co, ewolucja z plastiku, przez nieudany metal do .. hm.. nie orientuję się w modzie, ale chyba nazwałbym to a la country. Okay, nie mówmy o jej wyglądzie.
Kiedy znalazła się obok mnie skuliłem ramiona, bałem się, że znowu się na mnie rzuci. Zaskoczyło mnie, że spokojnie stanęła i wyciągnęła rękę.
- Cześć Frank. – przywitała się. Podałem jej dłoń i lekko potrząsnąłem. Szybko puściła, co mnie ucieszyło. – Czemu nie było cię w szkole, chciałam pogadać.
- Em.. no nie chciaaało mi się. – leniwie ziewnąłem, jakbym nie spał od kilku dni. Dziewczyna zachowywała się inaczej niż w szkole. Nie przybliżała się do mnie za blisko, nie trzepotała długimi rzęsami, ani nie uśmiechała się zalotnie. Czy ja na pewno spotkałem się tu z Lolą?
- Aa.. więc.. – wzięła głęboki oddech. – Chciałabym cię o coś prosić. Możemy zapomnieć, o tym co zaszło między nami? Wiem, wiem że mnie kochasz i będzie to dla ciebie bardzo trudne, ale.. musisz wiedzieć jeszcze coś. Ja.. kogoś poznałam. I.. chyba rozumiesz, muszę z tobą zerwać. Możemy zostać przyjaciółmi. – na koniec uśmiechnęła się serdecznie.
Moja mina zapewne przypominała coś w stylu „wtf”. A raczej pisane dużymi literami. Kolejny dowód na to, że zupełnie nie rozumiem kobiecej mentalności. Chciałem się roześmiać. Jak nic. Tą jej wypowiedzią, w przenośni, mnie zabiła. Szczęście, że nie zabrałem ze sobą Gee, nie miałabym spokoju i ciągle by mi to wypominał, mimo, że mnie kochał. A ja go.
- A coś zaszło? – zapytałem wesołym głosem. Również się uśmiechnąłem. Naprawdę nie chciałem pamiętać, co wtedy, jeden raz się wydarzyło, kiedy mojej znajomej odbiło.
- No nic. – powiedziała, śmiejąc się. Nagle mnie uściskała, krótko. Oderwała się i pomachała do osoby z którą przyszła. – Chciałabym, żebyś ją poznał.
Zanim zdążyłem o cokolwiek zapytać, podbiegła do nas inna dziewczyna, ta była prawdziwym metalem z krwi i kości. Przynajmniej takie stwarzała wrażenie. I, odwrotnie niż w przypadku Loli, wyglądała w tym dobrze. Objęła ją od tyłu, a że była wyższa oparła głowę o jej ramię i pocałowała w obojczyk.
- To Mariola. Moja dziewczyna. – powiedziała i cmoknęła Mariolę w czoło. – Wiem, co możesz myśleć, ale to ją kocham, nie bądź, proszę, zazdrosny.
Kopara mi opadła. Niestety, Lola mogła to źle zinterpretować. Dlaczego tak zrobiłem, nasuwa się pytanie. Sam nie wiem, po prostu nie wyobrażałem sobie Loli jako.. lesbijki. Gdyby nie to, że obie były obok mnie, pewnie tarzałbym się po ziemi ze śmiechu. Dobra, może źle sam reaguję, przecież jestem z Gerardem, więc praktycznie rzecz biorąc jestem.. gejem. O kurwa.
- Tak cię to boli? – wyrwała mnie z zamyślenia Lola.
- Właśnie nie, kamień spadł mi z serca.- krzyknąłem radośnie. Dziewczyna zrobiła smutną minką. Mógłbym jej teraz dowalić i powiedzieć, że nie było żadnego czegoś między mną a nią. Było tylko coś od niej do mnie. Jednak, jako że mam dobre serce, postarałem się dobrze zagrać moją rolę. – Spokojnie, nie chodzi o ciebie, ale też kogoś mam.. to znaczy.. ile wy jesteście razem? – tak nagle mi się wyrwało.
- Hm.. – Lola się zamyśliła. Znowu zaczęła robić z siebie „idiocę”.
- Od piątku. Poznałam ją na koncercie. – podsunęła Mariola.
- Nie, myślisz, że to nie było w sobotę, bzybziaczku?
- Oh, nie, jestem przekonana, że piątek, może niedziela.. słoneczko?
- To my naprawdę tak krótko jesteśmy?
- Nie, jeśli od piątku.
- Ale to była sobo..
- Ysz, dobra. – przerwałem im mega inteligentną wymianę zdań. Siebie warte, gratuluję dopasowania. – To może ja was w spokoju zostawię.. – nie czekając na odpowiedź z ich strony obróciłem się na pięcie i odszedłem.
- Frankie, czekaj, nie bądź zły.. – zaczęła Lola. Machnąłem ręką. – A ty kogo masz?
- Kiedyś się dowiesz. – dobrze, może jest dziewczyną w stylu „słodka idiotka” ale myślę, jak na razie, że może spróbuję się z nią poznać w sposób koleżeński. Nie mogę przegapić okazji na słuchanie kolejnych mądrości w jej wykonaniu.
*
Stary pick up robił niezły hałas na drodze. Nie lubiłem tego samochodu, ale rodzice jak na razie nie mieli zamiaru pozwolić mi prowadzić bmw. No dobrze, jeździłem za szybko, kiedyś zaliczyłem kilka stłuczek. W każdym razie, to i tak nie fajne.
Dotarłem do domu, zaparkowałem auto na podjeździe i cicho podszedłem do drzwi. Ciekawe, czy Gerard jeszcze śpi. Podniosłem doniczkę, pod którą ukryłem klucz. Zanim jednak wsadziłem go do zamka, drzwi się otworzyły i ujrzałem z nich mojego ukochanego. Miał mokre włosy, moją czarną, kilka rozmiarów za dużą, koszulę i krzywy grymas na twarzy. Nie wiedziałem o co może mu chodzić. A, może się wkurzył, że na chwilkę go zostawiłem. Wyciągnął rękę i strzelił mi „z liścia”. Otworzyłem szerzej oczy i usta. Wtedy złapał mnie za ramiona, przyciągnął do siebie i mocno, mocno pocałował. Dobrze, nie rozumiem mentalności kobiet i Gerarda. W brew pozorom jest mężczyzną. Zrobiłem kilka kroków do przodu i zatrzasnąłem drzwi. Całowaliśmy się jeszcze chwilę i mnie puścił. Odszedł kilka kroków i schował twarz w dłoniach.
- Jak ty tak mogłeś mnie zostawić? – udawał płacz, ale wiedziałem, że gra. Tak serio, był wręcz czerwony od powstrzymywania śmiechu.- Zostawić mnie, kiedy byłem taki .. taki..
- Napalony? – podpowiedziałem. Pokiwał głową. – A kiedy nie jesteś? – teraz już się roześmiał. Mnie udało się zachować tymczasowo jako taką powagę. – Co ty tak ogólnie odwalasz?
- No a nie widać? – oburzył się, przerywając śmiech. – Udaję idealnego kochanka.
Dobra, on mógłby dopełnić Lolę i Mariolę, razem tworząc paczkę „pretty idiots”. Nie, wiecie, że żartuję. On jest mój i tylko mój. Tak ogólnie powiem wam, że reszta dnia upłynęła nam, inaczej niż się spodziewacie, na rozmowie. Mówiliśmy o wszystkim, tym co nas najbardziej wkurza, co jest najgłupszego w szkole i inne bzdety. Kiedy Gerard wypije kawę zaczyna się uspokajać, już mu tak nie łupie w głowie. Potem zaczęliśmy rozmawiać o naszych przyjaciołach. Dowiedziałem się niektórych ciekawostek, o Ray’u, Bobie i Mikey’u, których tak naprawdę nigdy bym nie chciał poznać. A właśnie, skoro jesteśmy przy Mikey’u. Gee powiedział mi, że już się obudził i jest z nim całkiem dobrze. Czuje się słabo, fakt, ale stracił dużo krwi. Oprócz tego pewną rzeczą, która myślę była również poważna, poznał tam młodą pielęgniarkę, a właściwie wolontariuszkę, która tam pomagała. Z opowieści wynika, że chyba wpadła młodemu w oko. A potem gadaliśmy już o totalnych bzdurach. Udało nam się nawet razem obejrzeć operę mydlaną w telewizji, przedrzeźniając wszystkich występujących tam aktorów. Nie wiem do końca czemu czułem się cały czas jak na prochach. Nie, nie próbowałem i nie zamierzam próbować, ale wyobrażam sobie to uczucie. Uczucia.. oczywiście w pewnym momencie nasze rozmowy musiały wejść na te tory. Gee jakby zaczął się blokować, chciał omijać, odbiec od tematu. Też nie lubiłem mówić o moich poprzednich miłostkach, ale chciałem również poznać z kim się wcześniej spotykał mój ukochany.
- Miałeś kogoś wcześniej? – zapytał w pewnym momencie, kiedy myślałem, że konwersacja skończona.
- Mhm.. – mruknąłem. – Taa.. znaczy.. no tak. Miałem w sumie dwie dziewczyny. Z jedną chodziłem w gimnazjum, to wiesz, takie chodzenie, że się w szkole przytulacie, całujecie, tańczycie razem na imprezach, ale żadne jakieś głębokie uczucie. Ogólnie to było całkiem fajne. Potem przez długi czas nie miałem nikogo, i wtedy, wkraczając do szkoły średniej natrafiłem na jedną z najpopularniejszych dziewcząt. No i wpadłem jej w oko. Była okropnie szybka, jak dla mnie aż za. Nie chcesz wiedzieć, jak szybko zaciągnęła mnie do łóżka. Równie szybko z nią zerwałem, miała na boku przynajmniej kilkanaście flirtów, nie podobało mi się to. Potem znowu byłem sam. I teraz jesteś ty. Mam nadzieję, że na jak najdłużej.Na zawsze.
- Też mam taką nadzieję. – powiedział i przytulił się do mnie.
- A ty..?
- Nie chcę o tym mówić. – warknął. Zrobiło się nieprzyjemnie. Jakby się wstydził.
- Mnie możesz powiedzieć wszystko. Przecież wiesz. – pogłaskałem go po głowie. Spojrzał na mnie smutnymi oczyma po czym westchnął.
- Dobra. – próbował uciekać wzrokiem. – No.. pierwsze dziewczyny miałem w zeszłe wakacje. Moi dawni znajomi wzięli mnie na wakacje, a jako, że wszyscy byliśmy już pełnoletni, chodziliśmy po pijackich imprezach, większości z nich nie pamiętam. Działo się, oj działo. Ale to nie do końca to czego się wstydzę. Więc widzisz, kiedy tak skończyliśmy stwierdziłem, że związki na jedną noc mnie nie kręcą, chciałbym mieć kogoś na stałe. I wtedy pojawił się.. – Gee chwilę czekał, to co mówił najwyraźniej bardzo go bolało. – on. Nie wiedziałem, że polecę na faceta, to było początkowo nienormalne, niemoralnie i tak podobnie. Ale okay. No i się stało, poznał mnie, ja go, wielka miłość. Tak naprawdę tylko z mojej strony. Był siedem lat starszy. Wykorzystał mnie. Zabawiał się mną tak często jak tylko miał ochotę. A uwierz, był naprawdę.. niewyżyty. Przestawało mi się to podobać, zacząłem nadużywać leków, żeby nie płakać, żeby serce mi nie pękało. Wiedzieli o tym tylko Ray, Mikey, Bob i jeden z moich dawnych kumpli. Ten ostatni już tu nie mieszka, wyjechał, a przed wyjazdem powiedział o mojej jakże innej orientacji w szkole. Byłem na skraju załamania, zacząłem uciekać do takich głupot jak cięcie się czy upijanie do nieświadomości. Wtedy tamten mnie rzucił, stwierdził, że mu się znudziłem. Następnie coś czego ci nie powiem. – naprawdę bałem się wiedzieć. Jak na razie bardzo mnie przeraził, nigdy nie sądziłem, że miał tak.. ciężko. – Dobrze, powiem. Miałem próbę. Prawie by się udała, gdyby Mikey w pewnym momencie nie wszedł do łazienki. Leżałem w szpitalu trzy tygodnie, a kiedy wyszedłem cała szkoła miała mnie już za totalnego debila. Zostali mi tylko trzej przyjaciele, w tym brat, nikt inny nie chciał się ze mną na dłuższą metę kolegować. Chciałem znowu zacząć brać leki. A wtedy pierwszy raz mi się przyśniłeś. To było jak narkotyk, tylko że sen. Umiałem przespać piętnaście godzin dziennie, byleby o tobie myśleć. Tyle, że wtedy nie wiedziałem, że to ty. Pamiętasz, jak kiedy się poznaliśmy starałem się być z tobą cały czas, mimo, że dobrze się nie znaliśmy? – pokiwałem głową. Jak bym mógł zapomnieć. – No to widzisz dlaczego. Jesteś moim narkotykiem, a ja jestem naprawdę mocno już uzależniony.
- Nie pozwolę ci na odwyk. Kocham cię. – przycisnąłem go do siebie jeszcze mocnej. Delikatnie pocałował mnie w usta. Potem już nie mówiliśmy o niczym, tylko sprawdzaliśmy, jak bardzo to zmieniły się nasze ciała pod koszulkami przez ostatnie kilka godzin.

**
Yep. Odcinek troszkę nudny, aczkolwiek nie miałam na niego pomysłu. Początkowo wszystko miało być inaczej, ale zajęłoby mi to dużo więcej czasu, a nawet na wakacjach, nie mając neta i nic lepszego do robienia i tak leń trzyma. Osobiście zabiła mnie ta Lola.. to takie głupie, ale niestety, znam tego pokroju laski [z tą różnicą, że one są 100% hetero]. To przedostatni odcinek, następny będzie za kilka dni. Powiedzcie mi tylko, czy chcielibyście, odnośnie nowego opowiadania, kolejnego szkolnego frerarda, co prawda w zupełnie innej formie, ale zawsze, czy coś w innym stylu, ale tu podsuńcie mi pomysły, bo na razie nie mam. ^^;

czwartek, 21 lipca 2011

part ten < 3

łiii!. Powoli zaczynam się martwić o moje zdrowie psychiczne. Nie przed enjoy.
***
Obudziłem się, jednak wciąż nie otwierałem oczu. Było mi dobrze. Miękko, przytulnie... obok czułem ciepło ukochanego chłopaka, który wciąż leżał na moim ramieniu słodko pochrapując. Odszukałem wargami jego czoła i leniwie pocałowałem. Mruknął, po czym obrócił się na na drugi bok, ściągając ze mnie głowę. Podniosłem powieki i niechętnie usiadłem na skraju łóżka. Przez okno w dachu do pokoju wdzierały się poranne promienie słońca. Po pomieszczeniu z gracją poruszały się drobinki kurzu. W koło wszystko wyglądało radośnie, jakby cieszyło się z nowego dnia. W cieniu pozostawało tylko małe łóżko. Cicho z niego wstałem i przeszedłem do przeciwległej łazienki.
Toaleta należała prawdopodobnie tylko do Gerarda. Panował w niej podobny bałagan jak w jego pokoju. Po podłodze walały się kartki, obierki od kredki do oczu i chusteczki. Mały kosz na brudną bieliznę pękał w szwach. Cóż. Mam chłopaka bałaganiarza. Mam chłopaka... Jakie... ciekawe stwierdzenie. Chłopak ma chłopaka. No bo.. no bo kim właściwie jest dla mnie Gerard ? Przyjacielem? Nie, czymś więcej. Chłopakiem? Kochankiem? Partnerem? Nie. Jest.. po prostu moim Gerardem. Moim i nikogo więcej (mam nadzieję). I jak zwykle rano zapomniałem, po co przywlokłem się do łazienki.
Odkręciłem kurki w kranie. Letnia wodą przemyłem swoje policzki i skronie. Chwyciłem najbliżej leżący ręcznik i wytarłem twarz. Spojrzałem w lustro. Jakiś blady potwór z dziarami na ramionach, trupim wręcz makijaże i tłustymi włosami patrzył na mnie. Ten potwór to ja. Auć. Zacząłem mocno szorować skórę pod oczami wodą z mydłem, co okazało się nie najlepszym pomyłem. Efekt jednak uzyskałem i moja twarz była prawie czysta. Rozejrzałem się jeszcze po pomieszczeniu. Moje lekko szczypiące oczy dostrzegły na wierzchu czarny eye-liner. Odpisuję się troszkę dla Gerarda. Niech się podnieci, a co! Starannie obrysowałem jedno oko. Kiedy kończyłem drugie...
- Fraaank! - usłyszałem płaczliwy krzyk Gerarda, a kredka przejechała mi po połowie policzka. Szybko ją odłożyłem i wybiegłem z łazienki.
- Co jest ?! -wpadłem do pokoju. Siedział skulony na łóżku i nerwowo się rozglądał. Ujrzawszy mnie na jego twarzy zagościł uśmiech. Szybko znalazłem się tuż przy nim i otoczyłem go ramieniem.
- Już nic.. - szepnął. Wtulił się w mój bok. - Bałem się, że mnie zostawiłeś..
- Nigdy cię nie zostawię, głuptasku. - odpowiedziałem i chwyciłem go za brodę. Pocałowałem go. Delikatnie złączyłem nasze wargi. Założyłem mu ręce za głowę mocniej do siebie przyciskając. Był to zwykły buziak. A jednocześnie niezwykły. Wyrażał.. - Kocham Cię.
- Ja ciebie też. - uśmiechnął się i lekko odsunął. Przyjrzał się mojej twarzy. - Śmiesznie wyglądasz. - i znowu go pocałowałem.
*
Rodzice początkowo trochę się wkurzyli, że nie przyszedłem do domu na noc. Ale kiedy opowiedziałem i m, co się stało z Mikey'em i że musiałem przypilnować Gerarda.. uznali, że zachowałem się bohatersko. Ja bym tego tak nie nazwał, ale okej. Dało mi to jednak spokój i mimo, że wróciłem dopiero po dziesiątej (ta.. przy Gerardzie czas mija tak szybko..) nie miałem aż tak przerąbane. Tylko trochę krzyku.
-Frank.. - zaczęła moja mama i uśmiechnęła się delikatnie. Jej brzuch był coraz większy. - Wyjeżdżamy.
- Że jak?! - krzyknąłem, opluwając się płatkami, które jadłem na niedzielne śniadanie. - Nie możemy, ja..
- Oj, przestań. - burknął Greg, który właśnie znosił niedużą walizkę ze schodów. - To tylko tydzień, a ty jesteś już dorosły. Poradzisz sobie bez nas.
- Ale wy.. aa.... - czyli niepotrzebnie się bałem. Musiałem się nieźle opanować, aby nie szczerzyć się jak głupi. Wolna chata. Godziny słuchania muzyki podkręconej na maksa, męczenie gitary.. Może jakaś mała impera? A.. albo zaproszę Gerarda. Teraz już nie udało mi się powstrzymać uśmiechu. Zapewne wyglądało to dziwnie. Mama troskliwie się na mnie spojrzała.
- Dobrze się czujesz? - zapytała. Powąchała mleko z mojej miseczki, a stwierdziwszy, że jest świeże, pokręciła głową.
- Całkowicie. A tak z czystej, ludzkiej ciekawości.. kiedy wybywacie?
*
W poniedziałek nie poszedłem do szkoły. We wtorek też nie. Miałem tak przeogromnego lenia, że nawet nie chciało mi się wstawać z łóżka. Z głośników leciała punkowa muzyka, a ja wystukiwałem jej szybki rytm długopisem o ścianę Zupełnie się nudziłem i nie wiedziałem jak wykorzystać cały ten wolny czas. Oczywiście nie pojadę do szkoły, mimo, że rodzice zostawili mi starego pickup'a na wszelki wypadek. Eh, trudno. Coś się wymyśli. Podniosłem się lekko na łokciach i spojrzałem na zegarek. Troszkę po jedenastej. Zwlokłem się z łóżka, nie chcąc dalej słuchać burczenia mojego brzucha. Wychodząc z pokoju poczułem krótką wibrację w kieszeni. U, dostałem esemesa. Spojrzałem na nadawcę. Zrobiło mi się nagle bardzo gorąco. Od Gerarda. Ciekawe co napisał. " Kochanie, czemu Cię nie ma? :'(". No, w sumie mogłem się tego spodziewać. Trzeba to jakoś rozegrać. ... I go namówić, żeby przyjechał. "A wiesz, mam wolną chatę.. ii.. " szybko wstukałem na klawiaturze. Zszedłem na dół i nalałem sobie zimnej kawy do kubka. Zdążyłem wypić połowę drugiej porcji, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Chwycił przynętę, mądrala.
Podszedłem do drzwi i dopiero skapnąłem się, że znowu jestem w samej bieliźnie i koszulce. Już mnie tak widział, ale nie zmienia to faktu, że lekko się zawstydziłem. Otworzyłem, a Gerard szeroko się uśmiechnął.
- Wiesz, że wyciągnąłeś mnie z matmy? - zapytał, jakby był tym oburzony.
- Potem się odwdzięczysz.. - mruknąłem i stanąłem na czubkach palców, żeby być troszkę wyższym od niego.
Delikatnie cmoknąłem go w usta. Na tym oczywiście się nie skończyło. Założyłem mu ręce na szyję mocno do siebie przyciągając, a on złapał mnie za koszulkę. Wolno rozdzielił nasze wargi i zaczął całować moją szyję i obojczyki. Stałem tak, oddając się jego poczynaniom. Wtedy usłyszałam jakieś ciche klapnięcie. Otworzyłem oczy i spojrzałem z ponad ramienia Gerarda. Mój ukochany się odwrócił. Przed furtką do mojego domu stał mały chłopiec, któremu właśnie spadł lód z patyka. Szeroko otwartymi oczami patrzał na nas, podobnie jak my teraz na niego. Gerry posłał mu buziaka. Chłopiec krzyknął i uciekł. Złapałem przyjaciela za ramię i wciągnąłem do mieszkania, zatrzaskując za nami drzwi.
- Chyba nie powinniśmy okazywać sobie czułości w miejscach publicznych lub takich na widoku.. - mruknąłem. Gerard oparł się o ścianę obok mnie. Zachichotał.
- Nie kłam, jesteś zazdrosny, o to, że to mu posłałem buziaka.. - powiedział, co po chwili przerodziło się w śmiech. Dobra, to się powygłupiajmy.
- JA? ZAZDROSNY?! - wrzasnąłem, na co Gee jeszcze głośniej się roześmiał. Nie jestem niestety tak dobrym aktorem jak on. Tak naprawdę nie byłem zazdrosny, bo w sumie o co.
- Tak, ty. - wykrztusił, trochę się uspokajając.
- Coś masz humorek.. - tak, był strasznie radosny. - Co ty brałeś? - Gerry zmierzył mnie groźnie wzrokiem.
- Nic, jestem szczęśliwy. - mocno zaakcentował ostatnie słowo, machając przy tym rękami, które ostatecznie wylądowały na mich ramionach. - Kocham Cię, wiesz? - uśmiechnął się zadziornie.
- Wiem , ale możesz powtarzać w nieskończoność. - cmoknąłem go delikatnie w usta. - Masz ochotę na jakiś film?
Drugi nędzny horror przeleciał na ekranie telewizora. Nie widziałem wcześniej ani jednego z nich, ale łatwe do przewidzenia było, że główni bohaterowie pójdą dołóżka nienaturalnie szybko a potem jedno z nich zginie. A potem drugie popełni samobójstwo. Jedynym pozytywem było to, że cały czas wtulałem się w Gerarda, momentami przerywając seans jakimś buziakiem. Wcisnąłem czerwony przycisk na pilocie, po czym ekran nabrał czarnej barwy. Chłopak spojrzał na mnie krzywo.
- Nudne to. - burknąłem. Przycisnął mnie do siebie mocniej.
- To co chcesz robić? - zapytał, po czym zaczął całować moją szyję.
- A jak myślisz? - wstał z kanapy i.. podniósł mnie. Przeszedł ze mną kilka kroków i stanął.
- Em.. gdzie jest twój pokój właściwie?
Gerard romantycznie wniósł mnie po schodach, co było równie niewygodne dla niego jak i dla mnie. Ale trudno, skoro mu się chciało, to proszę bardzo. Sam rozpoznał które drzwi były do mojego pokoju (może to przez ten duży plakat Metalliki który na nich wisiał) i otworzył je lekkim kopnięciem. W sumie mogłem tu trochę ogarnąć, zanim go zaprosiłem, ale bałagan był i tak dużo mniejszy niż w jego pokoju. Rzucił mnie na łóżko i po chwili sam leżał na mnie. Potem.. do końca nie pamiętam co się działo. Jakby od razu odpłynąłem rozkoszując się jego ustami, jego ciałem. Nie wiem jak długo się pieściliśmy, w każdym razie Gerard strasznie szybko się zmęczył i zasnął. Nagle złapały mnie swego rodzaju wyrzuty sumienia, o to, że nie powiedziałem mu jeszcze, jak kiedyś Lola się na mnie rzuciła. Muszę to jakoś załatwić. Wyciągnąłem telefon i niechętnie wybrałem jej numer. Odebrała po dwóch sygnałach.

***
baaardzo przepraszam, że tak długo czekaliście. zakończenie jest po prostu dupne, ale nie miałam na nie pomysłu. Z całej serii zostały jeszcze tylko dwa odcinki, są już napisane, kolejny za dwa dni (jej, ale szybko). Przeprasza jeszcze raz ^^;