Byłem.. taki nieobecny. Siedziałem w ławce i ogarnięty jakby transem nie wiedziałem, co się dzieje dookoła. Wszystko wykonywałem automatycznie, nie myśląc o niczym, tylko o tym, co się wydarzyło wczoraj. Mam.. mu powiedzieć, co ona zrobiła? A tak ogólnie... dlaczego to zrobiła ?! Dobra, chyba mogę stwierdzić, że jej się spodobałem, ale... tak się nie robi. Czułem się wewnętrznie rozdarty, tocząc bój z moim sumieniem. Nie mogę mu powiedzieć. Znienawidzi mnie. Albo nawet gorzej! Przestanie kochać! Tego bym nie przeżył. Musze się ogarnąć, wyjaśnić tamtej .. łajzie, żeby nic nie myślała, a Gerardowi powiem w odpowiednim momencie. Nie teraz. Jak najpóźniej.
Po wuefie otoczył mnie i Boba ramieniem. Ray stanął naprzeciwko. Ustawiliśmy w kółko, by nikt nie mógł usłyszeć naszej rozmowy.
- To jak panowie, zrywamy się?- zapytał z szaleńczym błyskiem w swoich cudnych, bursztynowych oczach.
- Może być - powiedział Ray, a jego wieczny uśmiech jeszcze bardziej się powiększył. Kurde, zastanawia mnie, czy go przypadkiem nie boli szczęka od tego szczerzenia się.
- Bardzo chętnie, ale mam sprawdzian.. - niestety. Chociaż.. nie. Nie wytrzymam lekcji koło tamtej dziewczyny. - Nie, jednak tak, świetnie. Bob?
- Mi to pasuje. - odpowiedział radośnie. - Maiko jest w domy, że chcesz się zerwać całą bandą?
- Powiedzmy, że zrobimy pierwszą próbę z Frankiem, a potem otrzęsiny - Gerry zaśmiał się złowieszczo. Lekko mnie tym przeraził. Ray i Bob do niego dołączyli. - Kto ostatni na parkingu stawia shaki! - wykrzyknął i rzucił się biegiem.
Chichocząc podążyliśmy za nim, jednak bardzo powoli. Kiedy doszliśmy do postoju Gerard czekał z grymasem wypisanym na twarzy.
- Okay, wszyscy wisicie mi teraz po shaku!
Ray postukał się palcem w czoło, a mina Boba wyrażała więcej niż rafaello. Ja sam zmierzyłem go krzywo wzrokiem.
- Bob, podwieziesz Ray'a, okej? Ja pojadę z Franusiem. - powiedział ckliwie. Przyjaciele zaczęli się śmiać. Mnie w ogóle to nie śmieszyło. Jakoś przypomniało mi to o tym, czym chciałem zapomnieć. A co tam, niech się pośmieją. Usiadłem z tyłu motoru Gerarda i czekałem aż się uspokoją.
Przyjaciel zajął swoje miejsce przy kierownicy. Delikatnie chwyciłem go za boki.Spojrzał się na mnie smutno, jakby chciał, żebym go przytulił.
- Zaraz. Teraz jedźmy. - szepnąłem mu na ucho.
Mocno depnął na gaz. Ekspresowo wyjechaliśmy z parkingu i już pędziliśmy na obwodnicę. Kiedy szkoła zniknęła z widoku mogłem spokojnie wtulić się w jego plecy. Wciągnąłem zapach jego skórzanej kurtki, którą zawsze zakładał na motor. Słońce przyjemnie opalało moją twarz. Mimo początku kwietnia było bardzo ciepło. Mogłem wychodzić na cienkiej bluzie lub koszuli nie martwiąc się, że się przeziębię. W moich rodzinnych stronach musiałbym ciągle nosić kurtkę. Bardzo mi się to podobało.
Jechaliśmy po praktycznie pustej drodze. Zaczął zwalniać. Rozpoznałem okolicę, w której mieszkał. Po chwili zaparkował przed swoim domem, zeskoczył z pojazdu i podał mi rękę. Od razu skorzystałem z jego pomocy. Jednym zamaszystym ruchem przyciągnął mnie do siebie. Cmoknął mnie w czoło.
- Boisz się? - zapytał ze złowieszczym uśmieszkiem.
- Kogo? Ciebie? -odparłem, jednak wyszło niezbyt pewnie.
- Chcesz zobaczyć coś zajebistego?
- No pewnie. - przymknąłem powieki i zbliżyłem się jeszcze bardziej. Myślałem, że mnie pocałuje, jednak się myliłem. Przyjaciel zachichotał, odwrócił się i podążył w stronę swojego domu.
- Nie aż tak zajebistego - przesłał mi przepraszający uśmiech. Zbliżył się do żółtej, metalowej skrzynki wmurowanej w ścianę domu. Wyjął z kieszeni pliczek kilku kluczy i najmniejszym z nich otworzył kłódkę. Wewnątrz skrzynki znajdowały się kolorowe przyciski, parę przełączników i dwa złączone ze sobą kable. - Oto horror XXI wieku. - powiedział triumfalnie i rozłączył kable. Szybko zamknął skrzynkę i chichocząc podbiegł do mnie. Złapał mnie za ramię i próbował się schować.
- GEEERAAAARD!!!!! - krzyk Mikey'a wydobył się z wnętrza domu. Po chwili młodszy z braci stał mocno wkurzony w drzwiach. Jego poza i mimika kipały nienawiścią. - Do jasnej kurwy, ile razy mam ci powtarzać, żebyś tak nie robił czopie ?! Zabiję cię ! - rzucił się w naszą stronę. Odsunąłem się trochę, przez co Gerard był odsłonięty i wystawiony na złość brata.
W tej samej chwili na zielonej vespie nadjechali Bob i Ray. Zatrzymali się na środku ulicy i ze zdziwieniem przyglądali się sytuacji. Gdybym mógł sfotografować ich miny, mielibyśmy ubaw na bardzo długo. Mikey zatrzymał się z rękami przy szyi Gerarda. Gdyby je trochę mocniej zacisnął mógłby go z pewnością udusić. Wszyscy zastygli w bezruchu, gapiąc się jedni na drugich.
Nie wytrzymałem i wybuchłem śmiechem. Po chwili dołączyli do mnie przyjaciele. Nawet Mikey się rozpogodził.
- Ale jeśli jeszcze raz mi wyłączysz prąd, kiedy będę wbijał level, nie ręczę za siebie. - zagroził bratu.
Śmiejąc się, ruszyliśmy do garażu Boba.
*
- Za naszego nowego gitarzystę! - krzyknął Bob i wszyscy stuknęliśmy się puszkami napoju energetycznego. Nie przepadałem za smakiem owego trunku, ale toast, w dodatku na moją cześć, to toast. Chłopakom podobał się mój styl gry. Idealnie się do nich dopasowałem. Gerard otoczył mnie ramieniem. Moje serce znowu przyspieszyło. Naprawdę, kiedyś dostanę przez niego palpitacji.
- Okay, idziemy na miasto. Każdy ma wymyślić jakieś.. wyzwanie, które każdy będzie musiał wykonać. W szczególności Franuś.. - nie skończył, bo szturchnąłem go łokciem w brzuch. Zgiął się w pół i odsunął ode mnie. - Dobra, Frankie w szczególności musi wykonać każde, jako nowy członek oczywiście.
Wyszliśmy z mieszkania. Słońce powoli zbliżało się ku linii horyzontu. Wolnym, lansiarskim krokiem szliśmy środkiem pustej ulicy. Ray włączył głośną muzykę ze swojej komórki. Chyba Deep Purple. Mimo niskiej jakości dźwięki uprzyjemniały marsz. Po kilku minutach znaleźliśmy się w parku. Ray wybiegł przed nas.
- To kto pierwszy?- zapytał. Cisza. - Dobra.. To.. może kto plunie najdalej ?
- Ray, takie głupoty to w przedszkolu.- powiedział Bob, jednak po chwili zaczął charczeć, zbierać ślinę w ustach i plunął.
Jego mela jednak nie poleciała, tylko spłynęła po jego brodzie. W ciszy patrzeliśmy jak substancja spływa, aż w końcu wylądowała na czubku czerwonych trampek. Wybuchliśmy śmiechem i teraz wszyscy charkaliśmy, by zebrać jak najwięcej śliny. Obok stanęła kobieta z sześcioletnim dzieckiem. Przyglądał się nam z obrzydzeniem, nie tak jak jej synek, który próbował nas naśladować. Przestaliśmy pluć i oddaliliśmy się biegiem, byle jak najdalej od niej.
- Dajecie dzieciom zUUy przykład! - krzyknęła na odchodnym. Maluch się osmarkał.
Włóczyliśmy się kilka minut, kiedy natrafiliśmy na dużą, płytką, okrągłą fontannę.
- Skoro wygrałem pierwszą rundę.. - mruknął Bob. Zmierzyliśmy go chłodnym wzrokiem, jednak nic nie powiedzieliśmy. - To teraz do fontanny! - krzyknął i wskoczył do sadzawki. Gerard od razu wskoczył za nim, przewracając się przy okazji i wciągając Mikey'a do wody. Troje zaczęli chlapać się zimną wodą. Sztywno stałem obok Ray'a i patrzyłem na ich wariactwa.
- Ja nie idę. Afro mi zamoknie.- powiedział Ray.
- A ja ogólnie nie chcę moknąć. - dopowiedziałem. Gerard wyszedł z brodzika, podszedł do mnie i z nienacka mnie podniósł. - Postaw mnie! - nie słuchał, tylko podążył z powrotem do fontanny.
Trafiłem prosto pod strumień wody wypływający z głowy wielkiej, betonowej ryby. Usiadłem na dnie i ze skwaszoną miną czekałem, aż przestaną. W sumie to to nawet ciekawie wygląda.. Wstałem i dołączyłem do nich. I tak już jestem mokry. Po chwili zauważyłem, że Ray celuje w nas aparatem od telefonu. Zastygłem w bezruchu. Po chwili reszta przyjaciół również to zauważyła.
- Ray! - krzyknął Mikey i ruszył się w jego stronę.
Zaczął uciekać, więc rzuciliśmy się w pogoń. Uwierzcie mi, w mokrych ubraniach i butach biega się o wiele gorzej niż w suchych. Jednak opłaciło się namęczyć, żeby go dorwać. Wyrwałem mu telefon z ręki i zobaczyłem krótki filmik, jak chlapiemy się w fontannie. Boże, czy to naprawdę wyglądało tak idiotycznie? Usunąłem zanim się skończył.
- No ej, jak to takie śmieszne było.. - mruknął smutno i zabrał mi telefon.
Rozejrzałem się. Zapadała noc. Pierwsze uliczne latarnie rzucały na nas światło.
- Idziemy się wysuszyć czy zamierzamy łazić po mieście w mokrych ciuchach..?
*
Było koło dwunastej. Specjalnie wyłączyłem mój telefon, żeby mama nie mogła się do mnie dodzwonić. Szliśmy ciemną ulicą, śmiejąc się i żartując. Myślami byłem jednak daleko. Ciekawe, czy ułoży się nam jako zespołowi. Mam taką nadzieję. Z nimi mógłbym spędzić resztę życia. Są cudownymi przyjaciółmi, a Gerry.. Gerry jest cudowny na swój sposób. Sposób który tak bardzo kocham. Przy nim nic się nie liczyło.
Rześkie powietrze owiało moje gołe ramiona. Zadrżałem z zimna, lecz po chwili poczułem obejmujące mnie ramie Gerarda.
- Zimno, kochanie? - szepnął ledwie słyszalnie.
- Już nie - odpowiedziałem równie cicho. - To kto teraz wymyśla zadanie? - skierowałem głośniej pytanie do przyjaciół.
- Przebiec przez ulicę z zamkniętymi oczami! - krzyknął Mikey, który był już w połowie drogi. Z za zakrętu wyłonił się pędzący samochód. Pisk opon.
- Mikey, nie !!!
***
Zero pomysłu ._.
Króciutkie, nie miałam weny.
Jadę, jadę :D
Więc macie jeszcze jedną porcję Freradów:
blog tylko mój, z osobnym opkiem ;]
Aha. I na końcu, czego nie udalo mi się dobrze opisać...
Mikey ma wypadek.
Bójcie się o niego ^vv^
JAK MOGŁAŚ TT.TT
OdpowiedzUsuń