sobota, 21 maja 2011

part eight < 3

Byłem.. taki nieobecny. Siedziałem w ławce i ogarnięty jakby transem nie wiedziałem, co się dzieje dookoła. Wszystko wykonywałem automatycznie, nie myśląc o niczym, tylko o tym, co się wydarzyło wczoraj. Mam.. mu powiedzieć, co ona zrobiła? A tak ogólnie... dlaczego to zrobiła ?! Dobra, chyba mogę stwierdzić, że jej się spodobałem, ale... tak się nie robi. Czułem się wewnętrznie rozdarty, tocząc bój z moim sumieniem. Nie mogę mu powiedzieć. Znienawidzi mnie. Albo nawet gorzej! Przestanie kochać! Tego bym nie przeżył. Musze się ogarnąć, wyjaśnić tamtej .. łajzie, żeby nic nie myślała, a Gerardowi powiem w odpowiednim momencie. Nie teraz. Jak najpóźniej.
Po wuefie otoczył mnie i Boba ramieniem. Ray stanął naprzeciwko. Ustawiliśmy w kółko, by nikt nie mógł usłyszeć naszej rozmowy.
- To jak panowie, zrywamy się?- zapytał z szaleńczym błyskiem w swoich cudnych, bursztynowych oczach.
- Może być - powiedział Ray, a jego wieczny uśmiech jeszcze bardziej się powiększył. Kurde, zastanawia mnie, czy go przypadkiem nie boli szczęka od tego szczerzenia się.
- Bardzo chętnie, ale mam sprawdzian.. - niestety. Chociaż.. nie. Nie wytrzymam lekcji koło tamtej dziewczyny. - Nie, jednak tak, świetnie. Bob?
- Mi to pasuje. - odpowiedział radośnie. - Maiko jest w domy, że chcesz się zerwać całą bandą?
- Powiedzmy, że zrobimy pierwszą próbę z Frankiem, a potem otrzęsiny - Gerry zaśmiał się złowieszczo. Lekko mnie tym przeraził. Ray i Bob do niego dołączyli. - Kto ostatni na parkingu stawia shaki! - wykrzyknął i rzucił się biegiem.
Chichocząc podążyliśmy za nim, jednak bardzo powoli. Kiedy doszliśmy do postoju Gerard czekał z grymasem wypisanym na twarzy.
- Okay, wszyscy wisicie mi teraz po shaku!
Ray postukał się palcem w czoło, a mina Boba wyrażała więcej niż rafaello. Ja sam zmierzyłem go krzywo wzrokiem.
- Bob, podwieziesz Ray'a, okej? Ja pojadę z Franusiem. - powiedział ckliwie. Przyjaciele zaczęli się śmiać. Mnie w ogóle to nie śmieszyło. Jakoś przypomniało mi to o tym, czym chciałem zapomnieć. A co tam, niech się pośmieją. Usiadłem z tyłu motoru Gerarda i czekałem aż się uspokoją.
Przyjaciel zajął swoje miejsce przy kierownicy. Delikatnie chwyciłem go za boki.Spojrzał się na mnie smutno, jakby chciał, żebym go przytulił.
- Zaraz. Teraz jedźmy. - szepnąłem mu na ucho.
Mocno depnął na gaz. Ekspresowo wyjechaliśmy z parkingu i już pędziliśmy na obwodnicę. Kiedy szkoła zniknęła z widoku mogłem spokojnie wtulić się w jego plecy. Wciągnąłem zapach jego skórzanej kurtki, którą zawsze zakładał na motor. Słońce przyjemnie opalało moją twarz. Mimo początku kwietnia było bardzo ciepło. Mogłem wychodzić na cienkiej bluzie lub koszuli nie martwiąc się, że się przeziębię. W moich rodzinnych stronach musiałbym ciągle nosić kurtkę. Bardzo mi się to podobało.
Jechaliśmy po praktycznie pustej drodze. Zaczął zwalniać. Rozpoznałem okolicę, w której mieszkał. Po chwili zaparkował przed swoim domem, zeskoczył z pojazdu i podał mi rękę. Od razu skorzystałem z jego pomocy. Jednym zamaszystym ruchem przyciągnął mnie do siebie. Cmoknął mnie w czoło.
- Boisz się? - zapytał ze złowieszczym uśmieszkiem.
- Kogo? Ciebie? -odparłem, jednak wyszło niezbyt pewnie.
- Chcesz zobaczyć coś zajebistego?
- No pewnie. - przymknąłem powieki i zbliżyłem się jeszcze bardziej. Myślałem, że mnie pocałuje, jednak się myliłem. Przyjaciel zachichotał, odwrócił się i podążył w stronę swojego domu.
- Nie aż tak zajebistego - przesłał mi przepraszający uśmiech. Zbliżył się do żółtej, metalowej skrzynki wmurowanej w ścianę domu. Wyjął z kieszeni pliczek kilku kluczy i najmniejszym z nich otworzył kłódkę. Wewnątrz skrzynki znajdowały się kolorowe przyciski, parę przełączników i dwa złączone ze sobą kable. - Oto horror XXI wieku. - powiedział triumfalnie i rozłączył kable. Szybko zamknął skrzynkę i chichocząc podbiegł do mnie. Złapał mnie za ramię i próbował się schować.
- GEEERAAAARD!!!!! - krzyk Mikey'a wydobył się z wnętrza domu. Po chwili młodszy z braci stał mocno wkurzony w drzwiach. Jego poza i mimika kipały nienawiścią. - Do jasnej kurwy, ile razy mam ci powtarzać, żebyś tak nie robił czopie ?! Zabiję cię ! - rzucił się w naszą stronę. Odsunąłem się trochę, przez co Gerard był odsłonięty i wystawiony na złość brata.
W tej samej chwili na zielonej vespie nadjechali Bob i Ray. Zatrzymali się na środku ulicy i ze zdziwieniem przyglądali się sytuacji. Gdybym mógł sfotografować ich miny, mielibyśmy ubaw na bardzo długo. Mikey zatrzymał się z rękami przy szyi Gerarda. Gdyby je trochę mocniej zacisnął mógłby go z pewnością udusić. Wszyscy zastygli w bezruchu, gapiąc się jedni na drugich.
Nie wytrzymałem i wybuchłem śmiechem. Po chwili dołączyli do mnie przyjaciele. Nawet Mikey się rozpogodził.
- Ale jeśli jeszcze raz mi wyłączysz prąd, kiedy będę wbijał level, nie ręczę za siebie. - zagroził bratu.
Śmiejąc się, ruszyliśmy do garażu Boba.
*
- Za naszego nowego gitarzystę! - krzyknął Bob i wszyscy stuknęliśmy się puszkami napoju energetycznego. Nie przepadałem za smakiem owego trunku, ale toast, w dodatku na moją cześć, to toast. Chłopakom podobał się mój styl gry. Idealnie się do nich dopasowałem. Gerard otoczył mnie ramieniem. Moje serce znowu przyspieszyło. Naprawdę, kiedyś dostanę przez niego palpitacji.
- Okay, idziemy na miasto. Każdy ma wymyślić jakieś.. wyzwanie, które każdy będzie musiał wykonać. W szczególności Franuś.. - nie skończył, bo szturchnąłem go łokciem w brzuch. Zgiął się w pół i odsunął ode mnie. - Dobra, Frankie w szczególności musi wykonać każde, jako nowy członek oczywiście.
Wyszliśmy z mieszkania. Słońce powoli zbliżało się ku linii horyzontu. Wolnym, lansiarskim krokiem szliśmy środkiem pustej ulicy. Ray włączył głośną muzykę ze swojej komórki. Chyba Deep Purple. Mimo niskiej jakości dźwięki uprzyjemniały marsz. Po kilku minutach znaleźliśmy się w parku. Ray wybiegł przed nas.
- To kto pierwszy?- zapytał. Cisza. - Dobra.. To.. może kto plunie najdalej ?
- Ray, takie głupoty to w przedszkolu.- powiedział Bob, jednak po chwili zaczął charczeć, zbierać ślinę w ustach i plunął.
Jego mela jednak nie poleciała, tylko spłynęła po jego brodzie. W ciszy patrzeliśmy jak substancja spływa, aż w końcu wylądowała na czubku czerwonych trampek. Wybuchliśmy śmiechem i teraz wszyscy charkaliśmy, by zebrać jak najwięcej śliny. Obok stanęła kobieta z sześcioletnim dzieckiem. Przyglądał się nam z obrzydzeniem, nie tak jak jej synek, który próbował nas naśladować. Przestaliśmy pluć i oddaliliśmy się biegiem, byle jak najdalej od niej.
- Dajecie dzieciom zUUy przykład! - krzyknęła na odchodnym. Maluch się osmarkał.
Włóczyliśmy się kilka minut, kiedy natrafiliśmy na dużą, płytką, okrągłą fontannę.
- Skoro wygrałem pierwszą rundę.. - mruknął Bob. Zmierzyliśmy go chłodnym wzrokiem, jednak nic nie powiedzieliśmy. - To teraz do fontanny! - krzyknął i wskoczył do sadzawki. Gerard od razu wskoczył za nim, przewracając się przy okazji i wciągając Mikey'a do wody. Troje zaczęli chlapać się zimną wodą. Sztywno stałem obok Ray'a i patrzyłem na ich wariactwa.
- Ja nie idę. Afro mi zamoknie.- powiedział Ray.
- A ja ogólnie nie chcę moknąć. - dopowiedziałem. Gerard wyszedł z brodzika, podszedł do mnie i z nienacka mnie podniósł. - Postaw mnie! - nie słuchał, tylko podążył z powrotem do fontanny.
Trafiłem prosto pod strumień wody wypływający z głowy wielkiej, betonowej ryby. Usiadłem na dnie i ze skwaszoną miną czekałem, aż przestaną. W sumie to to nawet ciekawie wygląda.. Wstałem i dołączyłem do nich. I tak już jestem mokry. Po chwili zauważyłem, że Ray celuje w nas aparatem od telefonu. Zastygłem w bezruchu. Po chwili reszta przyjaciół również to zauważyła.
- Ray! - krzyknął Mikey i ruszył się w jego stronę.
Zaczął uciekać, więc rzuciliśmy się w pogoń. Uwierzcie mi, w mokrych ubraniach i butach biega się o wiele gorzej niż w suchych. Jednak opłaciło się namęczyć, żeby go dorwać. Wyrwałem mu telefon z ręki i zobaczyłem krótki filmik, jak chlapiemy się w fontannie. Boże, czy to naprawdę wyglądało tak idiotycznie? Usunąłem zanim się skończył.
- No ej, jak to takie śmieszne było.. - mruknął smutno i zabrał mi telefon.
Rozejrzałem się. Zapadała noc. Pierwsze uliczne latarnie rzucały na nas światło.
- Idziemy się wysuszyć czy zamierzamy łazić po mieście w mokrych ciuchach..?
*
Było koło dwunastej. Specjalnie wyłączyłem mój telefon, żeby mama nie mogła się do mnie dodzwonić. Szliśmy ciemną ulicą, śmiejąc się i żartując. Myślami byłem jednak daleko. Ciekawe, czy ułoży się nam jako zespołowi. Mam taką nadzieję. Z nimi mógłbym spędzić resztę życia. Są cudownymi przyjaciółmi, a Gerry.. Gerry jest cudowny na swój sposób. Sposób który tak bardzo kocham. Przy nim nic się nie liczyło.
Rześkie powietrze owiało moje gołe ramiona. Zadrżałem z zimna, lecz po chwili poczułem obejmujące mnie ramie Gerarda.
- Zimno, kochanie? - szepnął ledwie słyszalnie.
- Już nie - odpowiedziałem równie cicho. - To kto teraz wymyśla zadanie? - skierowałem głośniej pytanie do przyjaciół.
- Przebiec przez ulicę z zamkniętymi oczami! - krzyknął Mikey, który był już w połowie drogi. Z za zakrętu wyłonił się pędzący samochód. Pisk opon.
- Mikey, nie !!!

***
Zero pomysłu ._.
Króciutkie, nie miałam weny.
Jadę, jadę :D
Więc macie jeszcze jedną porcję Freradów:
blog tylko mój, z osobnym opkiem ;]
Aha. I na końcu, czego nie udalo mi się dobrze opisać...
Mikey ma wypadek.
Bójcie się o niego ^vv^

wtorek, 3 maja 2011

part seven < 3

Mwahahaha, nie miałam najmniejszego pomysłu. Oprócz jednego XD
Ale jest. każdy sam oceni.
Zacieszać.
*
Nie liczyłem dni. Zupełnie zgubiłem się w datach, dniach i godzinach. Wewnętrzna euforia, która mnie teraz wypełniała, utrzymywała się od kilku dobrych dni. Nigdy jeszcze nie byłem tak bardzo i tak długo szczęśliwy. Cieszący się każdą chwilą, każdym słowem, każdym oddechem.. Jakby nie miało być jutra. Odkrywałem i pogłębiałem nieznane mi dotąd uczucie. Wszystko takie piękne, takie przejrzyste, jasne. Wszystko dzięki Gerardowi.
Oddałem dwie kartkówki nauczycielce. Moją i Gerarda. Chociaż to ja napisałem obie, bo mój kompan jak zwykle na matmie, spał. Usiadłem i zacząłem wpatrywać się w duży, biały zegar wiszący na ścianie. Dlaczego ta długa wskazówka rusza się tak wolno? Chciałbym, żeby była już na ósemce. Albo nie. Mogłaby od razu przeskoczyć na za dwie godziny, kiedy obaj mieliśmy koniec lekcji. Pojechalibyśmy gdzieś, może za miasto, aby nacieszyć się sobą na osobności. Coś było w tym zegarze. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Jakby jakaś hipnoza czy coś. W końcu dzwonek zadzwonił. Gerry poderwał się energicznie, przy okazji przewracając krzesło, złapał mnie za rękę i wybiegliśmy z klasy.
Kolejną lekcją był wuef. Ten cały walc nie przypadł mi do gustu. Prawdopodobnie dlatego, że nudziło mnie jego wolne tempo. Tak jak obiecała wuefistka, dostaliśmy kobiece partnerki. I mu chyba bardziej się udało niż Gerardowi. Tańczyłem z małą, chudziutką emo. Nie mówiła wiele, więc to mi pasowało. Gee był w parze z wysoką, gadatliwą cheerliderką. Co chwila oglądał się na mnie i posyłał tęskne spojrzenie, a ja puszczałem mu buziaka. Oczywiście, nie za każdym razem, bo bym nie wyrobił.
- Ten włef powinien być dla chętnych, tylko, no, przecież, no.. - powiedział zbulwersowany po lekcji.
- Ta, a potem jakby wyskoczyła ci fałdka na brzuchu, to nie byłbyś już taki szekszi - zachichotałem lekko. Moja wypowiedź nie miała sensu, bo i tak jest dla mnie najseksowniejszy na całym świecie. Spojrzał na mnie jak na idiotę. Ah, te jego oczka... - No przecież żartuję! - i zacząłem się śmiać. Po chwili dołączył do mnie. Przeszliśmy przez cały park chichocząc jak głupi do sera. Nie zwracałem uwagi na obraźliwe komentarze, jakie rzucano w naszą stronę. Zauważyłem, że to głównie uczniowie ostatnich klas tak reagują. Wielcy mi dorośli, starsi tylko o rok. Nasz wiek jest jeszcze po to, żeby się cieszyć życiem, a nie zachowywać jak trzydziestoletni biznesmen z milionem problemów i brakiem humoru. Gerarda to chyba wkurzało, bo uciszył się pierwszy. Ja również przestałem się śmiać.
- To jak, wyskoczymy gdzieś dzisiaj? - zapytał.
- Chyba znasz odpowiedź? - znał bardzo dobrze. Uśmiechnął się uroczo, pogładził mnie delikatnie po policzku i oddalił się w kierunku dodatkowych budynków szkoły. Kurde, dzwonek.
Chemia to najnudniejszy przedmiot, jaki wymyślił człowiek. Za miłość do tego przedmiotu powinno się palić na stosie. Chociaż dzisiaj było dziwnie cicho i spokojnie. Lola siedziała obok mnie (trochę za blisko, szczerze mówiąc) i była zajęta pisaniem SMS'ów. W końcu, pierwszy raz miałem spokój. Odezwała się dopiero pod koniec lekcji.
- Hej, Frank, to ty dzisiaj do mnie wpadniesz, prawda ?
- Że jak ?! A.. no tak.. - dzisiaj czwartek.
- O szesnastej? - zapytała wlepiając swoje wielkie, niebieskie oczy w moją twarz.
- Ta, pasi. - jak najszybciej wyszedłem z klasy. Nie pasi, przecież umówiłem się z Gerrym. O wilku mowa. Stał właśnie na głównych schodach i czekał na mnie. Od razu poznał, że coś nie tak.
- Hmm? -otoczył mnie ramieniem.
- Daję dziś korki, nie możemy się spotkać...- rzekłem jakbym miał się rozpłakać. Przyjaciel zrobił prześmiewczą minę.
- A gdzie mieszka ta miss metal? - zaśmiał się cicho. Nie znosił jej bardziej niż ja. Wyciągnąłem stary papierek z kieszeni plecaka i podałem Gerardowi. Zamyślił się. - To w centrum. - odparł po chwili. - Może cię zawiozę, w godzinę się wyrobisz, a ja zrobię zakupy? Muszę kupić nowy eye-liner. A potem.. - nie musiał dokańczać. Świadomie uruchomił najniegrzeczniejszą część mojej wyobraźni. Zarumieniłem się lekko, co od razu wychwycił. - Czyli się zgadzasz.
*
Przyjechał o mnie o trzeciej. Trochę wcześnie. Wychodząc oczywiście zatrzymała mnie mama.
- Tak, wychodzę. Dać korki znajomej, a potem na zakupy z Gerardem. - wręcz wyrecytowałem. Matka dziwnie się spojrzała, jednak nic nie komentując puściła mnie wolno. Wybiegłem więc szybko, żeby humor jej się nie zmienił. Usiadłem na motorze i wtuliłem w plecy przyjaciela.
- Na pewno chcesz do niej jechać? - spytał z sarkazmem.
- Nie. Ale jeśli po tym będę miał spokój to tak. - zaśmiałem się. Sam nie załapałem o co w tym chodziło. - Jadziem.
Bardzo ekscytowała mnie jazda na motorze. Duże niebezpieczeństwo, nadmiar adrenaliny i bliskość Gerarda naraz... niesamowite. Jechaliśmy wolniej niż zwykle, jednak droga wydawała się tak krótka, że nie zdążyłem się nią nacieszyć.
Gerard zaparkował pod dużym apartamentowcem. Wow. Miał chyba z 30 pięter. Rozejrzałem się. W koło stały mniejsze kamieniczki, które razem z gmaszyskiem tworzyły coś jakby kwadrat. Wyjąłem karteczkę. Ekstra, jest tylko ulica i numer bloku. Tego wielkiego.
- Szczwana laska, wie, jak zdobyć numer - nie zauważyłem Gerarda, który właśnie zaglądał przez moje ramię i obejmował mnie z pasie. Przebiegł mnie przyjemny dreszczyk. Ciekawe, jak długo jeszcze będę tak na niego reagował.
- Pewnie zapomniała.. - powiedziałem jakby do siebie. Dlaczego ja zawsze szukam innego, racjonalnego wytłumaczenia? Wpisałem numer do telefonu i zadzwoniłem. Odebrała po pierwszym sygnale.
- Halo? - z słuchawki wydobył się piskliwy głos. - Franuś?! - wręcz krzyknęła. Jak ona mnie nazwała?! Poczułem, że poliki mi płoną. Obejrzałem się na Gerrego. On trzymał się za brzuch i bezgłośnie pękał ze śmiechu. Najwyraźniej też to usłyszał.
- Lola, słuchaj, zapomniałaś podać numer mieszkania..- wydukałem.
- Ah.. no.. idiocia ze mnie! Mieszkanie 238, dwudzieste trzecie piętro.- rozłączyła się. Mhm.. nie wiem, czy "idiocia" to nie za słabe określenie.
- Chodź.- machnąłem do Gerarda. Chwycił mnie za ramię i poprowadził aż do windy. Wcisnąłem przycisk z numerem 23. Po chwili drzwi się zamknęły i ruszyliśmy w górę. Wtedy Gerry wcisnął kilka różnych przycisków na raz.
- Co ty robisz ?! Chcesz zaciąć windę?! - warknąłem wkurzony. On jednak złapał mnie za koszulkę i przycisnął do ściany.
- Chcę mieć cię tylko dla siebie.- wpił się w moje wargi. Chwyciłem go za głowę pogłębiając pocałunek. Był taki dziki, nieokrzesany... namiętny. Wolną ręką zaczął majstrować przy moim rozporku.
Winda stanęła i usłyszeliśmy typowy dźwięk otwieranych drzwi. Gerard przestał mnie całować, jednak nadal napierał na moje ciało. Do środka wszedł starszy pan.
- Ooo.. witajcie młodzieży - powiedział, opluwając nas przy okazji. - Ja na 20, do gorących babć..
Spojrzeliśmy po sobie. Myślałem, że zaraz wybuchnę, jeśli się nie zaśmieję. Podobnie mój kumpel. Staruszek zwrócił się do Gerarda.
- A jak się nazywa pani wybranek? - poruszył zabawnie brwiami, jakby chciał przez to wymusić szczerość. Lub go poderwać.
- Jestem mężczyzną - powiedział prosto z mostu. Dziadek zrobił wielkie oczy i opadła mu szczęka. Winda stanęła. - Proszę, dwudzieste.- nie czekając, Gerry wypchnął go z pomieszczenia.
- Tak to być nie może! A potem się dziwią, że dzieci nie mają! - dobiegło nas jeszcze zza drzwi.
- Coś mamy pecha do staruszków.- szepnąłem. Wywołało to u nas głośny śmiech. - Wiesz, że wypchnąłeś go na złe piętro?
- Aj tam, aj tam.- Gerry machnął ręką i jeszcze raz się do mnie zbliżył. - No to teraz.. - winda znowu stanęła.Spojrzałem na numer piętra. 23.
- Muszę iść..-wysunąłem się z jego objęć i wyszedłem. Chciałem zostać. Chwycił mnie za rękę. - Widzimy się za godzinę. - mruknąłem . Gerry spuścił wzrok. Pocałowałem go w czoło. - Kocham cię.
Uśmiechnął się i tyle go widziałem. Szedłem przez pusty korytarz. Oglądałem się na białe drzwi z numerkami. 232.. 234...236..238. Wzdrygnąłem się lekko. Podszedłem i zapukałem. Otworzyły się natychmiast. Stanęła w nich Lola w obcisłej, czarnej koszuli i zielonych rurkach. Wydawało mi się, że guziki z koszuli zaraz poodpadają z powodu jej wielkiego biustu.
- Franuś! - zapiszczała radośnie i wciągnęła mnie do środka.
*
Mieszkanie Lolo urządzone było bardzo nowocześnie. Miało jeden duży pokój z kuchnią, sypialnią i łazienką. W salonie stały dwie duże kanapy, plazmowy telewizor oraz wiele ozdób, które nadawały pomieszczeniu lekko kiczowaty wygląd. W pokoju mieściło się jeszcze wielkie okno z widokiem na miasto. Wiedziałem, że jest duże, ale nie przypuszczałem, że aż tak. Budynki wydawały się takie małe i odległe.. Chyba będę jej zazdrościł jej tego widoku. Usiadłem na miękkiej kanapie i czekałem aż Lola wróci z kartkami. Przyniosła je razem z butelką wina. Zajęła miejsce obok mnie. Podała mi kartki, a sama zaczęła otwierać butelkę.
- Napijesz się? - spytała, wlewając wino do jednego z kieliszków stojących na stole. Zmierzyłem ją wzrokiem. - Okej, jak nie, to nie. Świetny rocznik.
- Lola, przyszedłem nauczyć się na sprawdzian! - przerwałem jej. - Więc, dysocjacja jonowa polega na..
Kumała bardzo szybko. Wystarczyło kilka minut tłumaczenia i umiała. Zadania rozwiązywała nawet szybciej o de mnie. Czy ona tylko udaje taką głupią w szkole? Po godzinie była już gotowa na sprawdzian.
- To może teraz porobimy co innego? - przysunęła się niebezpiecznie blisko. Położyła ręce na moich udach i zbliżyła się tak, jakby chciała mnie pocałować.
- Yyy.. Lola.. co ty.. - przesunąłem się w bok unikając jej ust. - Lola !
- No weź się zabaw.. - wstała, przytrzymując mnie na miejscu. Usiadła na moich kolanach. Złapała mnie za głowę i pocałowała w usta. Byłem zbyt zszokowany, by w ogóle się poruszyć. Dziewczyna pogłębiła swój pocałunek. Co ja do cholery mam zrobić ?! Próbowałem ją zepchnąć. Przycisnęła się tylko mocniej. Włożyła rękę po moją koszulkę i zaczęła jeździć palcami do mojej skórze. Z ledwością podniosłem się z kanapy. Położyłem ręce na jej brzuchu próbując się uwolnić. Ale się przyssała! W końcu mi się udało. Złapałem mój telefon i ruszyłem biegiem w stronę drzwi. Wiedziałem, że jestem czerwony jak burak.
- Ja.. ja muszę.. iść.. Gee będzie.. czekał.. - powiedziałem. Wybiegłem z jej mieszkania tak szybko jak to było możliwe. Potknąłem się o czyjeś nogi. Mój przyjaciel siedział na podłodze.
- Hej kotku. - przywitał się i podszedł do mnie. Wtuliłem się w jego ramię i zacząłem płakać.
- Proszę... zawieź mnie do domu.. - wychlipałem. Wiedziałem, że moczę mu koszulę. Czule się na mnie spojrzał nie pytając o nic. Co .. co ja właściwie zrobiłem? Jak?! Czy ja.. Czyj ja.. go zdradziłem.. ?!

***
Wyszło troszkę dłuższe/krótsze ale trudno.
Dziadek power jeah XD
Kolejne.. jakoś za tydzień ;]