Hm.. nie wiedziałem, że czas mija tak szybko. No prawda, przy dobrej zabawie, przyjemnościach i przyjaciołach. Ale żeby nie odczuć, jak ze środka kwietnia robi się końcówka czerwca? Ano widzicie, tak mi się udało. Byłem cały czas szczęśliwy, jakby najarany powietrzem. Trochę się wszystko zmieniło, pewnie jesteście ciekawi jak i co. Więc…
Zacznę od Loli. Tak, wydaje mi się że jej nie lubicie. Też miałem tak początkowo, wkurzała mnie aż do tego „zerwania” ze mną. Potem, tak jak powiedziała, zaprzyjaźniła się ze mną. Fakt, często coś kłuło ją w mózgu, ale wiedziała, że tego nie lubię. Jest naprawdę inteligentną dziewczyną, oczywiście, kiedy tylko tak chce. Jak się okazało mieliśmy wiele tematów do rozmowy, w co nigdy wcześniej bym nie uwierzył. Niestety, coś co ciągle, strasznie mnie denerwowało to to, że po każdym swoim spotkaniu z Mariolą (tak, ciągle są razem) dokładnie mi opisywała co ze sobą robiły. Ja rozumiem, mogą się mocno kochać, czy jak to ona mówi loffciać, ale proszę, dziewczyno, nie mów mi co wy tam ze sobą robicie w łóżku! Dobrze, mógłbym wymieniać godzinami jej wady i zalety, ale ogólnie rzecz biorąc była nawet spoko kumpelą. O właśnie, jeśli wywodzi się o kumpli.
Z Mikey’em jest już wszystko w porządku, niedawno zdjęli mu gips i teraz porusza się jak zgrabny jednorożec (tak, właśnie, poznałem jego mroczne umiłowanie). W prawdzie nie miałem z nim za dużo ostatnio kontaktu, stwierdził, że musi nadrobić zaległości w strzelankach, i od tego czasu siedzi w swojej pieczarze. Spotyka się tylko czasami z tą dziewczyną, którą poznał w szpitalu. Dla waszej wiadomości, są parą. A i nie tylko oni. Ray i Bob podobno też znaleźli sobie dziewczyny. W prawdzie nie wiem, z kim randkuje Ray, wciąż mówi, że dowiemy się kiedy indziej, ale mogę się założyć, że na pewno jest ładna. Zgadniecie może z kim się spotyka Bob? Też kiedyś wyśmiałbym osobę, która by to powiedziała. Jednak widziałem jak się całowali. Bob spotyka się z małą Emo, która kiedyś musiała tańczyć ze mną walca. Też dziwnie mi się to stwierdza, ale.. nawet do siebie pasują. Jak to kiedyś epicko Gerard stwierdził, jak żyletka do metalu, chociaż Emo się nie cięła, a Bob nie był metalowcem.
Domyślam się, że nie możecie już wytrzymać, bo cały czas odbiegam do tematu Gerarda. Ale, dajcie mi jeszcze coś krótko bąknąć o mojej rodzince, dobra? No więc się powiększyła. I to nie tak, jak się spodziewałem. Nie o braciszka, ale o siostrę. Mama przedwcześnie urodziła, ale nic jej, ani dziecku nie zagraża. Na domiar dobrego, dowiedziałem się że mój ojciec, ten biologiczny, znalazł sobie nową partnerkę i nie zamierza więcej męczyć mojej mamy. Teraz to mama trochę męczy mnie. Otóż, od kiedy wprowadziliśmy się do tego miasta, podejrzewała, że dzieje się ze mną coś nie tak. Po tym jak wrócili z tego całego „służbowego wyjazdu” razem z Gregiem, stwierdziła, że nie kręcą mnie kobiety. No i miała rację, kilka dni później znalazła mnie na mieście, kiedy wymienialiśmy z Gerardem namiętnie buziaki. Początkowo tego nie rozumiała, prosiła, żebym to skończył. Uciekłem wtedy na kilka dni, sami się skapnijcie do kogo, i tym samym zmusiłem matkę do odpuszczenia walki z moją orientacją. Patrzała teraz na mnie dziwnie i była zawsze opryskliwa, kiedy odwiedzał mnie Gee, ale cóż poradzić, mam mamę homofobkę.
A teraz to, na co wszyscy czekali.. Okay, nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że wciąż jesteśmy razem. Wszystko cudnie, miodzie i tak dalej. Teraz myślicie, że to sarkazm, ale prawda jest taka, że od początku naszego związku pokłóciliśmy się tylko raz. Gerard chciał zabrać mnie na pierwszą, oficjalną randkę i zastanawialiśmy się, dokąd pójść. Ja chciałem na żelki, on chciał na ciastka. Strzeliłem focha na pięć minut i wiecie co tak naprawdę wygrało? Kawa, którą obaj kochaliśmy prawie tak samo mocno jak siebie. To naprawdę głębokie uczucie do przedmiotu nieożywionego. Tak .. Wiem, co roi się w waszych niewyżytych mózgach. Czy już TO zrobiliśmy. Odpowiedź jest jedna, nie. Kilka razy było bardzo blisko, jednak coś nas powstrzymywało. Nie martwię się tym, miłość nie polega przecież głównie na seksie, tylko więzi łączącej dwie osoby. Ale, żeby was nie schłodzić powiem, że w wakacje planujemy wypad jego motorem przez jak największy obszar Stanów nocując w przydrożnych motelach lub, jeśli szybko się ściemni, pod gołym niebem. Idealne warunki na dużo czułości, prawda?
O, skoro zacząłem już nawijać coś o szkole, mnie też mają teraz za pedała, teraz już tak oficjalnie. Nie wiem, czy to przez to, że raz, dla żartu włożyłem różową bluzę, od której można było oczopląsu dostać, czy dlatego, że obaj z Gerardem zachowywaliśmy się jak najzwyczajniejsza para. Chodziliśmy za rękę, czule dotykaliśmy, a czasem podpieszczaliśmy w mało uczęszczanych korytarzach. Czasami, kiedy z resztą chłopaków odpoczywaliśmy na trawie przed szkołą zdarzało mi się leżeć na Gerardzie. Im to zupełnie nie przeszkadzało, cieszyli się szczęściem moim i jego. Chociaż, dla większości wyda się to nienormalne. Takie jest ogólne założenie, ale jakoś nie akceptowali tego tylko uczniowie ostatnich klas, ci którzy nie wybrali się na studia. Reszta, czyli nasz rocznik i młodsi, patrzeli na nas ze swego rodzaju podziwem i próbowali naśladować. Jeśli komuś to wadziło, to nie wiem komu, jakoś nie usłyszałem żadnego komentarza. Oczywiście, nie żeby wszyscy nagle stali się homoseksualni, ale i tacy się znaleźli. Chodziło głównie o to, że nikt już zbytnio nie krępował się okazywać uczuć. Na przykład jedna z najładniejszych dziewczyn w szkole (muszę przyznać była rodzoną pięknością) nie bała się przytulić do zwykłego, cichego chłopaka w dodatku z młodszej klasy, ale nie na pokaz, tak prawdziwie, z uczucia. No ale co, miłość o nic nie pyta, tylko atakuje znienacka.
A teraz, jeśli chodzi o nasz zespół…
To był jeden z ostatnich dni w roku szkolnym. Kupiliśmy sobie po lodzie w sklepiku szkolnym i wolno je pochłaniając szliśmy sobie spokojnie pustawym korytarzem. Wtedy Gerard zauważył jakiś plakat, od razu do niego podbiegł. Było to zaproszenie na uroczystość pożegnania ostatnich klas. Jakby to nas interesowało. Ale mój chłopak wyglądał na wyraźnie podkręconego. Pod spodem dostrzegłem napisany drobnym drukiem punkt „zapraszamy wszelkie kapele, grupy taneczne, solowych artystów, którzy chcą we wspaniały sposób uczcić tę okazję”. Obok znajdował się pliczek kartek, długopis i skrzynka, z kilkoma już zgłoszeniami. Nie pytając nikogo o zdanie, właściwie mógł zapytać tylko mnie, bo byliśmy sami, wpisał na kartce „My Chemical Romance.” a u spodu dodał „chcemy być ostatni, jeśli łaska”. Całkiem fajna nazwa dla zespołu w którym gram. Macie mnie, dotąd nie wiedziałem jak się nazywamy. Wrzucił kartkę do pudełka, wziął prawie wszystkie pozostałe kartki i wyrzucił do kosza, zostawiając zaledwie dziesięć szans na występ. Z szatańskim uśmiechem otoczył mnie ramieniem, zaciągnął w róg i.. nie będę wam opisywał co robiliśmy, wiedzcie, że w szkole nie pozwalamy sobie na za wiele.
Nadszedł ten pozornie smutny dzień. Zjawiliśmy się szybko w szkole, licząc, że w razie co, wskoczymy na ostatnie miejsce. Na szczęście udało nam się i mieliśmy wystąpić jako ostatni. Byliśmy jedynym zespołem, który miał zagrać. Nie wiem jak, ale na boisku szkolnym rozstawiono dużą scenę a pod nią ustawiono około pięciuset krzesełek, czyli jakoś dla niecałej połowy szkoły. Bob zaczął przestawiać coś w perkusji, nie mógł przywieść swojej, a to troszkę komplikowało sprawę. Miał inaczej poustawiane talerze, a werble powstawiane w złe miejsca. Ray pomógł mi naciągnąć nową strunę na gitarę, po czym zabrał się za strojenie swojej własnej. Poszedłem w jego ślady. Usiadłem na głośniku i zacząłem przekręcać . Wtedy podszedł do mnie Gerard, uśmiechnął się słodko i delikatnie przysunął.
- Wiesz, że to trochę bez sensu? – zacząłem. Pokiwał głową.
- Taa, wiem, że nie lubimy tych klas, szczerze wolałbym ich wszystkich opluć niż dla nich grać. Okay, ja śpiewam. Ale może to będzie jakaś mała szansa na wybicie, nie pomyślałeś? – teraz to ja machałem włosami w górę i w dół. Gerard subtelnie musnął mnie w policzek. – Zobaczysz, jeszcze coś wymyślę.
Przed nami wystąpiły dwie grupy taneczne, jedna tańcząca do hip hopu, co całkiem fajnie im wyszło, a druga tańczyła… ni to techno ni to disco polo, w każdym razie zachowali się jak na dyskotece, nie myśląc czy lizanie się na scenie przy durnych, powtarzających się słowach „dalej, dalej, całą noc” jest efektowne. Wystąpiło jeszcze kilka dziewczyn śpiewających piosenki Beyonce, Marylin Monroe czy Shakiry. Nie myślcie, że znam te wokalistki, zapamiętałem z zapowiedzi. Potem jakiś durny kabaret, w którym nie wiedziałem o co chodzi. W sumie nikt tego nie rozumiał, grupa nie dostała ani głośnych braw ani nawet cichego śmiechu. Wszyscy jakby skamieniali. Na koniec, tuż przed nami wystąpił chłopak z pierwszej klasy. Był drobny, za to ubrany w za duże, raperskie ciuchy. Wszedł na scenę z gitarą, usiadł i zaczął grać wolną balladę Guns’n’Roses. To poznałem po pierwszych taktach. Miał niesamowity wokal, prawie tak samo dobry jak Gerarda. Moim zdaniem był to pierwszy udany występ. Zostaliśmy tylko my, więc mam nadzieję że zostawimy dobre wrażenie.
Przyszła nasza kolej. Gerard szybko wbiegł na scenę, dotarł do mikrofonu i wycharczał do niego coś między „siema” a „skurwiele” jednak nie znając go trudno by było to zrozumieć. Rozstawiliśmy się na swoje miejsca, sprawdzając czy instrumenty wciąż są nastrojone. Okay, wszystko gotowe. Zaczął Bob, zastukał pałeczkami w górze, po czym wolno wystukiwał rytm. Wszedł bas Mikey’a a potem Ray. Czyli gramy piosenkę, którą Gee napisał dla mnie? Oh, jak słodko. Prawie bym się zagapił i ominął moją kolej, gdyby Gerard w porę się nie odwrócił i nie przestał uśmiechać. Wtedy pierwsze słowa trafiły do publiki. Usłyszałem kilka kobiecych pisków, jęków czy coś w tym stylu. Do wcześniejszej małej grupy uczniów stojących pod sceną dołączało coraz więcej osób, coraz więcej skakało w rytm naszej muzyki. Nawet nie ogarniecie, jak w takiej chwili czuję się zajebiście. W dodatku, jakby robił to specjalnie, Gerard przechodził koło mnie, przesuwał palcami po moich ramionach, śpiewał mi tuż przy uchu.. reakcją ze strony widzów był jeszcze głośniejszy, podniecony jazgot, jakby wszystkim się to podobało. Przyszedł czas na moją solówkę. Uklęknąłem na scenie, położyłem się na piętach i wypiąłem do góry. Szybko jeździłem po strunach i zmieniałem tonację. Krzyk z zewnątrz był niesamowity, sprawiał że byłem pewniejszy, grałem coraz szybciej i głośniej. Pod koniec solówki Gee przeskoczył nade mną, lądując ledwie kilka centymetrów przed końcem sceny. Przestałem grać, doskoczyłem do niego i uratowałem od upadku. Piosenka zaczynała się rozklejać, szybko musiałem dołączyć, Gerard musiał zacząć śpiewać. Oparci o swoje plecy dokończyliśmy występ, z końcem którego pod sceną była prawie cała szkoła. Tylko ostatnie klasy siedziały z kamiennymi twarzami na krzesłach. Ostatni krzyk do mikrofonu. Otoczył mnie ramieniem, za chwilę mieli podbiec do nas Mikey, Ray i Bob. Wykorzystałem maksymalnie napalenie widzów, rzuciłem się Gerardowi na szyję i mocno pocałowałem. Nie mogło to trwać dłużej, bo nasi przyjaciele nas od siebie odciągnęli. Razem się ukłoniliśmy, szczerząc jak głupi. Zeszliśmy przy głośnych owacjach. Na scenie został jeszcze Gee. Tańczył chwilkę jak opętany, po czym znowu dorwał się do mikrofonu.
- Chciałbym powiedzieć coś jeszcze do ostatnich klas.. – zaczął, po czym zaśmiał się jak szaleniec. Co on do jasnej cholery wyprawia?! – Dear bitches and motherfuckers, spierdalać, zanim włączymy zraszacze.
Tego nikt się nie spodziewał. Zgromadzeni pod sceną ludzie zaczęli kolejny raz głośno piszczeć i krzyczeć. Między siedzącymi na krzesłach uczniami zapanowało poruszenie. Wstało kilku mięśniaków i ruszyli w naszą stronę. Gerard zbiegł ze sceny, chwycił mnie i Ray’a za ręce, zaczęliśmy biec. Za nami równie szybko podążali Bob i Mikey, a za nimi, wolno w oddali poruszali się pakerzy. Dobiegliśmy do pustego pokoju wuefistów, nie był zamknięty, ani nic w tym stylu. Gee chwycił pięć kii do krokieta, każdemu wręczył po jednym, a sam wziął jeszcze pałkę do bejsbola. Do końca nie rozumiałem co się dzieje, podobnie jak reszta. Mój chłopak znowu nas wyciągnął. Na korytarzu pojawili się mięśniacy. Było ich siedmiu, nas tylko pięciu, w dodatku słabszych. Ustawiliśmy się w szeregu, jeden obok drugiego, udając pewnych siebie. Jeden z tamtych podszedł do Gerarda. Spojrzał na niego groźnie z góry, a Gee zmarszczył nos.
- Koleś, teraz albo przeprosisz, albo będzie wpierdol. – warknął mięśniak. Nie doczekał się odpowiedzi, bo oberwał z całej siły moim kijem w głowę.
*
- Oj, to troszkę groźnie wygląda, urwipołciu.- mruknęła pielęgniarka patrząc na moją rękę. Obwiązał ją bandażem, spryskała jakimś sprejem i zapisała coś na kartce. – Że wam się tak chciało bić pod koniec roku.. Wybaczcie, będę musiała zadzwonić do waszych rodziców. – i wyszła.
Siedzieliśmy w gabinecie lekarskim, gdzie śmierdziało amolem i starymi bandażami. Bójka nie wyszła nam na dobre, mięśniacy zaliczyli najwyżej kilka siniaków. No, jednemu rozwaliłem głowę, ale to nic poważnego. Za to mnie złamali rękę, Gerardowi nos a Bobowi nogę. Dodatkowo Mikey skręcił nadgarstek, a Ray zbił sobie kość ogonową. Ponadto każdy z nas miał teraz cudowną kolekcję siniaków i odzież modnie poplamioną krwią. W takich chwilach myślę tylko „mogło być gorzej”. Gee przysunął się do mnie i otoczył ramieniem.
- Boli, kochanie? – zapytał słodko. Pomachałem palcami i skrzywiłem się z bólu.
- Trochę, a ciebie? – pokręcił głową zaprzeczając. – To dobrze. – nachyliłem się, żeby go pocałować. Chwilę jednak przed tym zetknęliśmy się nosami, na co głośno zasyczał i się odsunął.
- Haha, macie bana na całowanie. – zaśmiał się Mikey.
- A ty masz bana na gierki. – Ray wskazał na jego nadgarstek. Mikey wytrzeszczył oczy i kopara mu opadła. – Na grę na basie w sumie też. – gdyby miał sztuczną szczękę, z pewnością by wypadła.
- A ty, Raymondo, masz bana na.. – zaczął Bob, ale już go nie słuchałem. Oparłem się o ramię Gerarda i przymknąłem oczy. Normalnie kocham tych wariatów.
Każde opowiadanie ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie. W naszym przypadku wstęp ledwie się zakończył, nawet nie wiecie jak. Pewien biznesmen, przejeżdżając koło naszej szkoły usłyszał naszą grę. Spodobało mu się jak porwaliśmy tłumy, jak w prosty sposób zmusiliśmy ich do krzyku. Zaoferował, że przedstawi nas wytwórni płytowej, w której pracuje. Tak zaczyna się nasza wielka przygoda. Nie wiem, jak się skończy, jak się potoczy. Może będzie nędznie. Ekstremalnie. Na pewno romantycznie. Ohydnie. Czasem nawet tragicznie. Ale jednego jestem pewien. Będzie chemicznie.