wtorek, 9 sierpnia 2011

POMYSŁ!

No a więc.
Myślałam o kolejnym opowiadaniu na tego bloga.
I, są... zaraz policzę, opcje:

a) kontynuacja tego poprzedniego w stylu "5 lat później" czy jakoś podobnie. byłoby.. po troszę odważniejsze i zboczeńsze, aczkolwiek już nie tak wesołe.
b) nowy Frerard szkolny, inna szkoła, inna rzeczywistość, coś w połowie w formie pamiętnika jakby, pisane z perspektywy Gerarda.
c) coś o killjoisach, po upadku kompanii BLI, coś tam coś tam, słodkie jak cholera, prawie bezstresowe.
d) bardziej chemiczne fan fikszyn niż Frerardowe, oczywiście z takimi wątkami też no ^^, mocno uderzające po mUskÓ, zryte totalnie, żeby wybuchnąć śmiechem. Moja poryta wyobraźnia nie zna granic więc xD

Czyli 4 opcje. meh, mam więcej pomysłów, ale nie chce mi się ich teraz pisać, bo wymagałyby dłuższego opisu. Zarys każdego zapisany, tylko w punktach, no bo co, nie będę pisać pięciu na raz. Czas za jaki by się ukazało będzie zależeć od szybkości pisania i mojego lenia. To dziubaski sobie wybierzcie, napiszcie tu w komentarzach albo na moim koncie na glit.

Idę pisać o wampach, a wy myślcie :)

niedziela, 24 lipca 2011

part twelwe < 3

okay, nad odcinkiem troszkę siedziałam, aczkolwiek myślę, że jest odpowiednim zwieńczeniem serii bez konkretnej nazwy. Na kolejne opowiadanie nie mam tymczasowo pomysłu, pewnie wymyślę wam jakiegoś słodziutkiego Frerardza, że dostaniecie cukrzycy, koteczki. Tymczasowe zawieszenie broni! Bo jak wiadomo "ART IS WEAPON" a myślę, że sztuka pisania też podchodzi pod zjawisko "ART". W każdym bądź razie aloha. PS: baardzo dziękuję za wszelkie milutkie komentarze, aż się cieplutko na serduszku robi *w*

ENJOY LAST FRERARD OF THIS SERIE < 3

Hm.. nie wiedziałem, że czas mija tak szybko. No prawda, przy dobrej zabawie, przyjemnościach i przyjaciołach. Ale żeby nie odczuć, jak ze środka kwietnia robi się końcówka czerwca? Ano widzicie, tak mi się udało. Byłem cały czas szczęśliwy, jakby najarany powietrzem. Trochę się wszystko zmieniło, pewnie jesteście ciekawi jak i co. Więc…
Zacznę od Loli. Tak, wydaje mi się że jej nie lubicie. Też miałem tak początkowo, wkurzała mnie aż do tego „zerwania” ze mną. Potem, tak jak powiedziała, zaprzyjaźniła się ze mną. Fakt, często coś kłuło ją w mózgu, ale wiedziała, że tego nie lubię. Jest naprawdę inteligentną dziewczyną, oczywiście, kiedy tylko tak chce. Jak się okazało mieliśmy wiele tematów do rozmowy, w co nigdy wcześniej bym nie uwierzył. Niestety, coś co ciągle, strasznie mnie denerwowało to to, że po każdym swoim spotkaniu z Mariolą (tak, ciągle są razem) dokładnie mi opisywała co ze sobą robiły. Ja rozumiem, mogą się mocno kochać, czy jak to ona mówi loffciać, ale proszę, dziewczyno, nie mów mi co wy tam ze sobą robicie w łóżku! Dobrze, mógłbym wymieniać godzinami jej wady i zalety, ale ogólnie rzecz biorąc była nawet spoko kumpelą. O właśnie, jeśli wywodzi się o kumpli.
Z Mikey’em jest już wszystko w porządku, niedawno zdjęli mu gips i teraz porusza się jak zgrabny jednorożec (tak, właśnie, poznałem jego mroczne umiłowanie). W prawdzie nie miałem z nim za dużo ostatnio kontaktu, stwierdził, że musi nadrobić zaległości w strzelankach, i od tego czasu siedzi w swojej pieczarze. Spotyka się tylko czasami z tą dziewczyną, którą poznał w szpitalu. Dla waszej wiadomości, są parą. A i nie tylko oni. Ray i Bob podobno też znaleźli sobie dziewczyny. W prawdzie nie wiem, z kim randkuje Ray, wciąż mówi, że dowiemy się kiedy indziej, ale mogę się założyć, że na pewno jest ładna. Zgadniecie może z kim się spotyka Bob? Też kiedyś wyśmiałbym osobę, która by to powiedziała. Jednak widziałem jak się całowali. Bob spotyka się z małą Emo, która kiedyś musiała tańczyć ze mną walca. Też dziwnie mi się to stwierdza, ale.. nawet do siebie pasują. Jak to kiedyś epicko Gerard stwierdził, jak żyletka do metalu, chociaż Emo się nie cięła, a Bob nie był metalowcem.
Domyślam się, że nie możecie już wytrzymać, bo cały czas odbiegam do tematu Gerarda. Ale, dajcie mi jeszcze coś krótko bąknąć o mojej rodzince, dobra? No więc się powiększyła. I to nie tak, jak się spodziewałem. Nie o braciszka, ale o siostrę. Mama przedwcześnie urodziła, ale nic jej, ani dziecku nie zagraża. Na domiar dobrego, dowiedziałem się że mój ojciec, ten biologiczny, znalazł sobie nową partnerkę i nie zamierza więcej męczyć mojej mamy. Teraz to mama trochę męczy mnie. Otóż, od kiedy wprowadziliśmy się do tego miasta, podejrzewała, że dzieje się ze mną coś nie tak. Po tym jak wrócili z tego całego „służbowego wyjazdu” razem z Gregiem, stwierdziła, że nie kręcą mnie kobiety. No i miała rację, kilka dni później znalazła mnie na mieście, kiedy wymienialiśmy z Gerardem namiętnie buziaki. Początkowo tego nie rozumiała, prosiła, żebym to skończył. Uciekłem wtedy na kilka dni, sami się skapnijcie do kogo, i tym samym zmusiłem matkę do odpuszczenia walki z moją orientacją. Patrzała teraz na mnie dziwnie i była zawsze opryskliwa, kiedy odwiedzał mnie Gee, ale cóż poradzić, mam mamę homofobkę.
A teraz to, na co wszyscy czekali.. Okay, nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że wciąż jesteśmy razem. Wszystko cudnie, miodzie i tak dalej. Teraz myślicie, że to sarkazm, ale prawda jest taka, że od początku naszego związku pokłóciliśmy się tylko raz. Gerard chciał zabrać mnie na pierwszą, oficjalną randkę i zastanawialiśmy się, dokąd pójść. Ja chciałem na żelki, on chciał na ciastka. Strzeliłem focha na pięć minut i wiecie co tak naprawdę wygrało? Kawa, którą obaj kochaliśmy prawie tak samo mocno jak siebie. To naprawdę głębokie uczucie do przedmiotu nieożywionego. Tak .. Wiem, co roi się w waszych niewyżytych mózgach. Czy już TO zrobiliśmy. Odpowiedź jest jedna, nie. Kilka razy było bardzo blisko, jednak coś nas powstrzymywało. Nie martwię się tym, miłość nie polega przecież głównie na seksie, tylko więzi łączącej dwie osoby. Ale, żeby was nie schłodzić powiem, że w wakacje planujemy wypad jego motorem przez jak największy obszar Stanów nocując w przydrożnych motelach lub, jeśli szybko się ściemni, pod gołym niebem. Idealne warunki na dużo czułości, prawda?
O, skoro zacząłem już nawijać coś o szkole, mnie też mają teraz za pedała, teraz już tak oficjalnie. Nie wiem, czy to przez to, że raz, dla żartu włożyłem różową bluzę, od której można było oczopląsu dostać, czy dlatego, że obaj z Gerardem zachowywaliśmy się jak najzwyczajniejsza para. Chodziliśmy za rękę, czule dotykaliśmy, a czasem podpieszczaliśmy w mało uczęszczanych korytarzach. Czasami, kiedy z resztą chłopaków odpoczywaliśmy na trawie przed szkołą zdarzało mi się leżeć na Gerardzie. Im to zupełnie nie przeszkadzało, cieszyli się szczęściem moim i jego. Chociaż, dla większości wyda się to nienormalne. Takie jest ogólne założenie, ale jakoś nie akceptowali tego tylko uczniowie ostatnich klas, ci którzy nie wybrali się na studia. Reszta, czyli nasz rocznik i młodsi, patrzeli na nas ze swego rodzaju podziwem i próbowali naśladować. Jeśli komuś to wadziło, to nie wiem komu, jakoś nie usłyszałem żadnego komentarza. Oczywiście, nie żeby wszyscy nagle stali się homoseksualni, ale i tacy się znaleźli. Chodziło głównie o to, że nikt już zbytnio nie krępował się okazywać uczuć. Na przykład jedna z najładniejszych dziewczyn w szkole (muszę przyznać była rodzoną pięknością) nie bała się przytulić do zwykłego, cichego chłopaka w dodatku z młodszej klasy, ale nie na pokaz, tak prawdziwie, z uczucia. No ale co, miłość o nic nie pyta, tylko atakuje znienacka.
A teraz, jeśli chodzi o nasz zespół…
To był jeden z ostatnich dni w roku szkolnym. Kupiliśmy sobie po lodzie w sklepiku szkolnym i wolno je pochłaniając szliśmy sobie spokojnie pustawym korytarzem. Wtedy Gerard zauważył jakiś plakat, od razu do niego podbiegł. Było to zaproszenie na uroczystość pożegnania ostatnich klas. Jakby to nas interesowało. Ale mój chłopak wyglądał na wyraźnie podkręconego. Pod spodem dostrzegłem napisany drobnym drukiem punkt „zapraszamy wszelkie kapele, grupy taneczne, solowych artystów, którzy chcą we wspaniały sposób uczcić tę okazję”. Obok znajdował się pliczek kartek, długopis i skrzynka, z kilkoma już zgłoszeniami. Nie pytając nikogo o zdanie, właściwie mógł zapytać tylko mnie, bo byliśmy sami, wpisał na kartce „My Chemical Romance.” a u spodu dodał „chcemy być ostatni, jeśli łaska”. Całkiem fajna nazwa dla zespołu w którym gram. Macie mnie, dotąd nie wiedziałem jak się nazywamy. Wrzucił kartkę do pudełka, wziął prawie wszystkie pozostałe kartki i wyrzucił do kosza, zostawiając zaledwie dziesięć szans na występ. Z szatańskim uśmiechem otoczył mnie ramieniem, zaciągnął w róg i.. nie będę wam opisywał co robiliśmy, wiedzcie, że w szkole nie pozwalamy sobie na za wiele.
Nadszedł ten pozornie smutny dzień. Zjawiliśmy się szybko w szkole, licząc, że w razie co, wskoczymy na ostatnie miejsce. Na szczęście udało nam się i mieliśmy wystąpić jako ostatni. Byliśmy jedynym zespołem, który miał zagrać. Nie wiem jak, ale na boisku szkolnym rozstawiono dużą scenę a pod nią ustawiono około pięciuset krzesełek, czyli jakoś dla niecałej połowy szkoły. Bob zaczął przestawiać coś w perkusji, nie mógł przywieść swojej, a to troszkę komplikowało sprawę. Miał inaczej poustawiane talerze, a werble powstawiane w złe miejsca. Ray pomógł mi naciągnąć nową strunę na gitarę, po czym zabrał się za strojenie swojej własnej. Poszedłem w jego ślady. Usiadłem na głośniku i zacząłem przekręcać . Wtedy podszedł do mnie Gerard, uśmiechnął się słodko i delikatnie przysunął.
- Wiesz, że to trochę bez sensu? – zacząłem. Pokiwał głową.
- Taa, wiem, że nie lubimy tych klas, szczerze wolałbym ich wszystkich opluć niż dla nich grać. Okay, ja śpiewam. Ale może to będzie jakaś mała szansa na wybicie, nie pomyślałeś? – teraz to ja machałem włosami w górę i w dół. Gerard subtelnie musnął mnie w policzek. – Zobaczysz, jeszcze coś wymyślę.
Przed nami wystąpiły dwie grupy taneczne, jedna tańcząca do hip hopu, co całkiem fajnie im wyszło, a druga tańczyła… ni to techno ni to disco polo, w każdym razie zachowali się jak na dyskotece, nie myśląc czy lizanie się na scenie przy durnych, powtarzających się słowach „dalej, dalej, całą noc” jest efektowne. Wystąpiło jeszcze kilka dziewczyn śpiewających piosenki Beyonce, Marylin Monroe czy Shakiry. Nie myślcie, że znam te wokalistki, zapamiętałem z zapowiedzi. Potem jakiś durny kabaret, w którym nie wiedziałem o co chodzi. W sumie nikt tego nie rozumiał, grupa nie dostała ani głośnych braw ani nawet cichego śmiechu. Wszyscy jakby skamieniali. Na koniec, tuż przed nami wystąpił chłopak z pierwszej klasy. Był drobny, za to ubrany w za duże, raperskie ciuchy. Wszedł na scenę z gitarą, usiadł i zaczął grać wolną balladę Guns’n’Roses. To poznałem po pierwszych taktach. Miał niesamowity wokal, prawie tak samo dobry jak Gerarda. Moim zdaniem był to pierwszy udany występ. Zostaliśmy tylko my, więc mam nadzieję że zostawimy dobre wrażenie.
Przyszła nasza kolej. Gerard szybko wbiegł na scenę, dotarł do mikrofonu i wycharczał do niego coś między „siema” a „skurwiele” jednak nie znając go trudno by było to zrozumieć. Rozstawiliśmy się na swoje miejsca, sprawdzając czy instrumenty wciąż są nastrojone. Okay, wszystko gotowe. Zaczął Bob, zastukał pałeczkami w górze, po czym wolno wystukiwał rytm. Wszedł bas Mikey’a a potem Ray. Czyli gramy piosenkę, którą Gee napisał dla mnie? Oh, jak słodko. Prawie bym się zagapił i ominął moją kolej, gdyby Gerard w porę się nie odwrócił i nie przestał uśmiechać. Wtedy pierwsze słowa trafiły do publiki. Usłyszałem kilka kobiecych pisków, jęków czy coś w tym stylu. Do wcześniejszej małej grupy uczniów stojących pod sceną dołączało coraz więcej osób, coraz więcej skakało w rytm naszej muzyki. Nawet nie ogarniecie, jak w takiej chwili czuję się zajebiście. W dodatku, jakby robił to specjalnie, Gerard przechodził koło mnie, przesuwał palcami po moich ramionach, śpiewał mi tuż przy uchu.. reakcją ze strony widzów był jeszcze głośniejszy, podniecony jazgot, jakby wszystkim się to podobało. Przyszedł czas na moją solówkę. Uklęknąłem na scenie, położyłem się na piętach i wypiąłem do góry. Szybko jeździłem po strunach i zmieniałem tonację. Krzyk z zewnątrz był niesamowity, sprawiał że byłem pewniejszy, grałem coraz szybciej i głośniej. Pod koniec solówki Gee przeskoczył nade mną, lądując ledwie kilka centymetrów przed końcem sceny. Przestałem grać, doskoczyłem do niego i uratowałem od upadku. Piosenka zaczynała się rozklejać, szybko musiałem dołączyć, Gerard musiał zacząć śpiewać. Oparci o swoje plecy dokończyliśmy występ, z końcem którego pod sceną była prawie cała szkoła. Tylko ostatnie klasy siedziały z kamiennymi twarzami na krzesłach. Ostatni krzyk do mikrofonu. Otoczył mnie ramieniem, za chwilę mieli podbiec do nas Mikey, Ray i Bob. Wykorzystałem maksymalnie napalenie widzów, rzuciłem się Gerardowi na szyję i mocno pocałowałem. Nie mogło to trwać dłużej, bo nasi przyjaciele nas od siebie odciągnęli. Razem się ukłoniliśmy, szczerząc jak głupi. Zeszliśmy przy głośnych owacjach. Na scenie został jeszcze Gee. Tańczył chwilkę jak opętany, po czym znowu dorwał się do mikrofonu.
- Chciałbym powiedzieć coś jeszcze do ostatnich klas.. – zaczął, po czym zaśmiał się jak szaleniec. Co on do jasnej cholery wyprawia?! – Dear bitches and motherfuckers, spierdalać, zanim włączymy zraszacze.
Tego nikt się nie spodziewał. Zgromadzeni pod sceną ludzie zaczęli kolejny raz głośno piszczeć i krzyczeć. Między siedzącymi na krzesłach uczniami zapanowało poruszenie. Wstało kilku mięśniaków i ruszyli w naszą stronę. Gerard zbiegł ze sceny, chwycił mnie i Ray’a za ręce, zaczęliśmy biec. Za nami równie szybko podążali Bob i Mikey, a za nimi, wolno w oddali poruszali się pakerzy. Dobiegliśmy do pustego pokoju wuefistów, nie był zamknięty, ani nic w tym stylu. Gee chwycił pięć kii do krokieta, każdemu wręczył po jednym, a sam wziął jeszcze pałkę do bejsbola. Do końca nie rozumiałem co się dzieje, podobnie jak reszta. Mój chłopak znowu nas wyciągnął. Na korytarzu pojawili się mięśniacy. Było ich siedmiu, nas tylko pięciu, w dodatku słabszych. Ustawiliśmy się w szeregu, jeden obok drugiego, udając pewnych siebie. Jeden z tamtych podszedł do Gerarda. Spojrzał na niego groźnie z góry, a Gee zmarszczył nos.
- Koleś, teraz albo przeprosisz, albo będzie wpierdol. – warknął mięśniak. Nie doczekał się odpowiedzi, bo oberwał z całej siły moim kijem w głowę.
*
- Oj, to troszkę groźnie wygląda, urwipołciu.- mruknęła pielęgniarka patrząc na moją rękę. Obwiązał ją bandażem, spryskała jakimś sprejem i zapisała coś na kartce. – Że wam się tak chciało bić pod koniec roku.. Wybaczcie, będę musiała zadzwonić do waszych rodziców. – i wyszła.
Siedzieliśmy w gabinecie lekarskim, gdzie śmierdziało amolem i starymi bandażami. Bójka nie wyszła nam na dobre, mięśniacy zaliczyli najwyżej kilka siniaków. No, jednemu rozwaliłem głowę, ale to nic poważnego. Za to mnie złamali rękę, Gerardowi nos a Bobowi nogę. Dodatkowo Mikey skręcił nadgarstek, a Ray zbił sobie kość ogonową. Ponadto każdy z nas miał teraz cudowną kolekcję siniaków i odzież modnie poplamioną krwią. W takich chwilach myślę tylko „mogło być gorzej”. Gee przysunął się do mnie i otoczył ramieniem.
- Boli, kochanie? – zapytał słodko. Pomachałem palcami i skrzywiłem się z bólu.
- Trochę, a ciebie? – pokręcił głową zaprzeczając. – To dobrze. – nachyliłem się, żeby go pocałować. Chwilę jednak przed tym zetknęliśmy się nosami, na co głośno zasyczał i się odsunął.
- Haha, macie bana na całowanie. – zaśmiał się Mikey.
- A ty masz bana na gierki. – Ray wskazał na jego nadgarstek. Mikey wytrzeszczył oczy i kopara mu opadła. – Na grę na basie w sumie też. – gdyby miał sztuczną szczękę, z pewnością by wypadła.
- A ty, Raymondo, masz bana na.. – zaczął Bob, ale już go nie słuchałem. Oparłem się o ramię Gerarda i przymknąłem oczy. Normalnie kocham tych wariatów.
Każde opowiadanie ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie. W naszym przypadku wstęp ledwie się zakończył, nawet nie wiecie jak. Pewien biznesmen, przejeżdżając koło naszej szkoły usłyszał naszą grę. Spodobało mu się jak porwaliśmy tłumy, jak w prosty sposób zmusiliśmy ich do krzyku. Zaoferował, że przedstawi nas wytwórni płytowej, w której pracuje. Tak zaczyna się nasza wielka przygoda. Nie wiem, jak się skończy, jak się potoczy. Może będzie nędznie. Ekstremalnie. Na pewno romantycznie. Ohydnie. Czasem nawet tragicznie. Ale jednego jestem pewien. Będzie chemicznie.


piątek, 22 lipca 2011

part eleven < 3

Masz mnie, no proszę cię masz. xD Dana osoba wie o co chodzi i niech wie, że mój "musk" nadwyrężył się przez to myślenie. Przepraszam jak coś, że za szybko. Enjoy :D
***
part eleven < 3
Czekałem dobre pięć minut w miejscu, w którym się umówiliśmy. W końcu, zobaczyłem jak idzie z kimś, kogo płci nie umiałem rozróżnić. Zamienili kilka słów i szybko, w długich butach na niskim obcasie, podbiegła do mnie. Wyglądało to śmiesznie, jakby zaraz miała się przewrócić. Jakimś cudem udało jej się przebyć ponad sto metrów bez upadku. Omiotłem ją wzrokiem i, ku mojemu zdziwieniu, pierwszy raz odkąd ją poznałem wyglądała dobrze. Krótka, zwiewna spódniczka z kwiatowym wzorem i do tego biały, dopasowany bezrękawnik, eksponujący jej duży biust. Na szczupłych nogach miała jeszcze brązowe kozaki a na rękach i szyi skórzaną, lekka biżuterię. Loki, teraz koloru delikatnego blond, wyglądały prawie naturalnie. Czyli co, ewolucja z plastiku, przez nieudany metal do .. hm.. nie orientuję się w modzie, ale chyba nazwałbym to a la country. Okay, nie mówmy o jej wyglądzie.
Kiedy znalazła się obok mnie skuliłem ramiona, bałem się, że znowu się na mnie rzuci. Zaskoczyło mnie, że spokojnie stanęła i wyciągnęła rękę.
- Cześć Frank. – przywitała się. Podałem jej dłoń i lekko potrząsnąłem. Szybko puściła, co mnie ucieszyło. – Czemu nie było cię w szkole, chciałam pogadać.
- Em.. no nie chciaaało mi się. – leniwie ziewnąłem, jakbym nie spał od kilku dni. Dziewczyna zachowywała się inaczej niż w szkole. Nie przybliżała się do mnie za blisko, nie trzepotała długimi rzęsami, ani nie uśmiechała się zalotnie. Czy ja na pewno spotkałem się tu z Lolą?
- Aa.. więc.. – wzięła głęboki oddech. – Chciałabym cię o coś prosić. Możemy zapomnieć, o tym co zaszło między nami? Wiem, wiem że mnie kochasz i będzie to dla ciebie bardzo trudne, ale.. musisz wiedzieć jeszcze coś. Ja.. kogoś poznałam. I.. chyba rozumiesz, muszę z tobą zerwać. Możemy zostać przyjaciółmi. – na koniec uśmiechnęła się serdecznie.
Moja mina zapewne przypominała coś w stylu „wtf”. A raczej pisane dużymi literami. Kolejny dowód na to, że zupełnie nie rozumiem kobiecej mentalności. Chciałem się roześmiać. Jak nic. Tą jej wypowiedzią, w przenośni, mnie zabiła. Szczęście, że nie zabrałem ze sobą Gee, nie miałabym spokoju i ciągle by mi to wypominał, mimo, że mnie kochał. A ja go.
- A coś zaszło? – zapytałem wesołym głosem. Również się uśmiechnąłem. Naprawdę nie chciałem pamiętać, co wtedy, jeden raz się wydarzyło, kiedy mojej znajomej odbiło.
- No nic. – powiedziała, śmiejąc się. Nagle mnie uściskała, krótko. Oderwała się i pomachała do osoby z którą przyszła. – Chciałabym, żebyś ją poznał.
Zanim zdążyłem o cokolwiek zapytać, podbiegła do nas inna dziewczyna, ta była prawdziwym metalem z krwi i kości. Przynajmniej takie stwarzała wrażenie. I, odwrotnie niż w przypadku Loli, wyglądała w tym dobrze. Objęła ją od tyłu, a że była wyższa oparła głowę o jej ramię i pocałowała w obojczyk.
- To Mariola. Moja dziewczyna. – powiedziała i cmoknęła Mariolę w czoło. – Wiem, co możesz myśleć, ale to ją kocham, nie bądź, proszę, zazdrosny.
Kopara mi opadła. Niestety, Lola mogła to źle zinterpretować. Dlaczego tak zrobiłem, nasuwa się pytanie. Sam nie wiem, po prostu nie wyobrażałem sobie Loli jako.. lesbijki. Gdyby nie to, że obie były obok mnie, pewnie tarzałbym się po ziemi ze śmiechu. Dobra, może źle sam reaguję, przecież jestem z Gerardem, więc praktycznie rzecz biorąc jestem.. gejem. O kurwa.
- Tak cię to boli? – wyrwała mnie z zamyślenia Lola.
- Właśnie nie, kamień spadł mi z serca.- krzyknąłem radośnie. Dziewczyna zrobiła smutną minką. Mógłbym jej teraz dowalić i powiedzieć, że nie było żadnego czegoś między mną a nią. Było tylko coś od niej do mnie. Jednak, jako że mam dobre serce, postarałem się dobrze zagrać moją rolę. – Spokojnie, nie chodzi o ciebie, ale też kogoś mam.. to znaczy.. ile wy jesteście razem? – tak nagle mi się wyrwało.
- Hm.. – Lola się zamyśliła. Znowu zaczęła robić z siebie „idiocę”.
- Od piątku. Poznałam ją na koncercie. – podsunęła Mariola.
- Nie, myślisz, że to nie było w sobotę, bzybziaczku?
- Oh, nie, jestem przekonana, że piątek, może niedziela.. słoneczko?
- To my naprawdę tak krótko jesteśmy?
- Nie, jeśli od piątku.
- Ale to była sobo..
- Ysz, dobra. – przerwałem im mega inteligentną wymianę zdań. Siebie warte, gratuluję dopasowania. – To może ja was w spokoju zostawię.. – nie czekając na odpowiedź z ich strony obróciłem się na pięcie i odszedłem.
- Frankie, czekaj, nie bądź zły.. – zaczęła Lola. Machnąłem ręką. – A ty kogo masz?
- Kiedyś się dowiesz. – dobrze, może jest dziewczyną w stylu „słodka idiotka” ale myślę, jak na razie, że może spróbuję się z nią poznać w sposób koleżeński. Nie mogę przegapić okazji na słuchanie kolejnych mądrości w jej wykonaniu.
*
Stary pick up robił niezły hałas na drodze. Nie lubiłem tego samochodu, ale rodzice jak na razie nie mieli zamiaru pozwolić mi prowadzić bmw. No dobrze, jeździłem za szybko, kiedyś zaliczyłem kilka stłuczek. W każdym razie, to i tak nie fajne.
Dotarłem do domu, zaparkowałem auto na podjeździe i cicho podszedłem do drzwi. Ciekawe, czy Gerard jeszcze śpi. Podniosłem doniczkę, pod którą ukryłem klucz. Zanim jednak wsadziłem go do zamka, drzwi się otworzyły i ujrzałem z nich mojego ukochanego. Miał mokre włosy, moją czarną, kilka rozmiarów za dużą, koszulę i krzywy grymas na twarzy. Nie wiedziałem o co może mu chodzić. A, może się wkurzył, że na chwilkę go zostawiłem. Wyciągnął rękę i strzelił mi „z liścia”. Otworzyłem szerzej oczy i usta. Wtedy złapał mnie za ramiona, przyciągnął do siebie i mocno, mocno pocałował. Dobrze, nie rozumiem mentalności kobiet i Gerarda. W brew pozorom jest mężczyzną. Zrobiłem kilka kroków do przodu i zatrzasnąłem drzwi. Całowaliśmy się jeszcze chwilę i mnie puścił. Odszedł kilka kroków i schował twarz w dłoniach.
- Jak ty tak mogłeś mnie zostawić? – udawał płacz, ale wiedziałem, że gra. Tak serio, był wręcz czerwony od powstrzymywania śmiechu.- Zostawić mnie, kiedy byłem taki .. taki..
- Napalony? – podpowiedziałem. Pokiwał głową. – A kiedy nie jesteś? – teraz już się roześmiał. Mnie udało się zachować tymczasowo jako taką powagę. – Co ty tak ogólnie odwalasz?
- No a nie widać? – oburzył się, przerywając śmiech. – Udaję idealnego kochanka.
Dobra, on mógłby dopełnić Lolę i Mariolę, razem tworząc paczkę „pretty idiots”. Nie, wiecie, że żartuję. On jest mój i tylko mój. Tak ogólnie powiem wam, że reszta dnia upłynęła nam, inaczej niż się spodziewacie, na rozmowie. Mówiliśmy o wszystkim, tym co nas najbardziej wkurza, co jest najgłupszego w szkole i inne bzdety. Kiedy Gerard wypije kawę zaczyna się uspokajać, już mu tak nie łupie w głowie. Potem zaczęliśmy rozmawiać o naszych przyjaciołach. Dowiedziałem się niektórych ciekawostek, o Ray’u, Bobie i Mikey’u, których tak naprawdę nigdy bym nie chciał poznać. A właśnie, skoro jesteśmy przy Mikey’u. Gee powiedział mi, że już się obudził i jest z nim całkiem dobrze. Czuje się słabo, fakt, ale stracił dużo krwi. Oprócz tego pewną rzeczą, która myślę była również poważna, poznał tam młodą pielęgniarkę, a właściwie wolontariuszkę, która tam pomagała. Z opowieści wynika, że chyba wpadła młodemu w oko. A potem gadaliśmy już o totalnych bzdurach. Udało nam się nawet razem obejrzeć operę mydlaną w telewizji, przedrzeźniając wszystkich występujących tam aktorów. Nie wiem do końca czemu czułem się cały czas jak na prochach. Nie, nie próbowałem i nie zamierzam próbować, ale wyobrażam sobie to uczucie. Uczucia.. oczywiście w pewnym momencie nasze rozmowy musiały wejść na te tory. Gee jakby zaczął się blokować, chciał omijać, odbiec od tematu. Też nie lubiłem mówić o moich poprzednich miłostkach, ale chciałem również poznać z kim się wcześniej spotykał mój ukochany.
- Miałeś kogoś wcześniej? – zapytał w pewnym momencie, kiedy myślałem, że konwersacja skończona.
- Mhm.. – mruknąłem. – Taa.. znaczy.. no tak. Miałem w sumie dwie dziewczyny. Z jedną chodziłem w gimnazjum, to wiesz, takie chodzenie, że się w szkole przytulacie, całujecie, tańczycie razem na imprezach, ale żadne jakieś głębokie uczucie. Ogólnie to było całkiem fajne. Potem przez długi czas nie miałem nikogo, i wtedy, wkraczając do szkoły średniej natrafiłem na jedną z najpopularniejszych dziewcząt. No i wpadłem jej w oko. Była okropnie szybka, jak dla mnie aż za. Nie chcesz wiedzieć, jak szybko zaciągnęła mnie do łóżka. Równie szybko z nią zerwałem, miała na boku przynajmniej kilkanaście flirtów, nie podobało mi się to. Potem znowu byłem sam. I teraz jesteś ty. Mam nadzieję, że na jak najdłużej.Na zawsze.
- Też mam taką nadzieję. – powiedział i przytulił się do mnie.
- A ty..?
- Nie chcę o tym mówić. – warknął. Zrobiło się nieprzyjemnie. Jakby się wstydził.
- Mnie możesz powiedzieć wszystko. Przecież wiesz. – pogłaskałem go po głowie. Spojrzał na mnie smutnymi oczyma po czym westchnął.
- Dobra. – próbował uciekać wzrokiem. – No.. pierwsze dziewczyny miałem w zeszłe wakacje. Moi dawni znajomi wzięli mnie na wakacje, a jako, że wszyscy byliśmy już pełnoletni, chodziliśmy po pijackich imprezach, większości z nich nie pamiętam. Działo się, oj działo. Ale to nie do końca to czego się wstydzę. Więc widzisz, kiedy tak skończyliśmy stwierdziłem, że związki na jedną noc mnie nie kręcą, chciałbym mieć kogoś na stałe. I wtedy pojawił się.. – Gee chwilę czekał, to co mówił najwyraźniej bardzo go bolało. – on. Nie wiedziałem, że polecę na faceta, to było początkowo nienormalne, niemoralnie i tak podobnie. Ale okay. No i się stało, poznał mnie, ja go, wielka miłość. Tak naprawdę tylko z mojej strony. Był siedem lat starszy. Wykorzystał mnie. Zabawiał się mną tak często jak tylko miał ochotę. A uwierz, był naprawdę.. niewyżyty. Przestawało mi się to podobać, zacząłem nadużywać leków, żeby nie płakać, żeby serce mi nie pękało. Wiedzieli o tym tylko Ray, Mikey, Bob i jeden z moich dawnych kumpli. Ten ostatni już tu nie mieszka, wyjechał, a przed wyjazdem powiedział o mojej jakże innej orientacji w szkole. Byłem na skraju załamania, zacząłem uciekać do takich głupot jak cięcie się czy upijanie do nieświadomości. Wtedy tamten mnie rzucił, stwierdził, że mu się znudziłem. Następnie coś czego ci nie powiem. – naprawdę bałem się wiedzieć. Jak na razie bardzo mnie przeraził, nigdy nie sądziłem, że miał tak.. ciężko. – Dobrze, powiem. Miałem próbę. Prawie by się udała, gdyby Mikey w pewnym momencie nie wszedł do łazienki. Leżałem w szpitalu trzy tygodnie, a kiedy wyszedłem cała szkoła miała mnie już za totalnego debila. Zostali mi tylko trzej przyjaciele, w tym brat, nikt inny nie chciał się ze mną na dłuższą metę kolegować. Chciałem znowu zacząć brać leki. A wtedy pierwszy raz mi się przyśniłeś. To było jak narkotyk, tylko że sen. Umiałem przespać piętnaście godzin dziennie, byleby o tobie myśleć. Tyle, że wtedy nie wiedziałem, że to ty. Pamiętasz, jak kiedy się poznaliśmy starałem się być z tobą cały czas, mimo, że dobrze się nie znaliśmy? – pokiwałem głową. Jak bym mógł zapomnieć. – No to widzisz dlaczego. Jesteś moim narkotykiem, a ja jestem naprawdę mocno już uzależniony.
- Nie pozwolę ci na odwyk. Kocham cię. – przycisnąłem go do siebie jeszcze mocnej. Delikatnie pocałował mnie w usta. Potem już nie mówiliśmy o niczym, tylko sprawdzaliśmy, jak bardzo to zmieniły się nasze ciała pod koszulkami przez ostatnie kilka godzin.

**
Yep. Odcinek troszkę nudny, aczkolwiek nie miałam na niego pomysłu. Początkowo wszystko miało być inaczej, ale zajęłoby mi to dużo więcej czasu, a nawet na wakacjach, nie mając neta i nic lepszego do robienia i tak leń trzyma. Osobiście zabiła mnie ta Lola.. to takie głupie, ale niestety, znam tego pokroju laski [z tą różnicą, że one są 100% hetero]. To przedostatni odcinek, następny będzie za kilka dni. Powiedzcie mi tylko, czy chcielibyście, odnośnie nowego opowiadania, kolejnego szkolnego frerarda, co prawda w zupełnie innej formie, ale zawsze, czy coś w innym stylu, ale tu podsuńcie mi pomysły, bo na razie nie mam. ^^;

czwartek, 21 lipca 2011

part ten < 3

łiii!. Powoli zaczynam się martwić o moje zdrowie psychiczne. Nie przed enjoy.
***
Obudziłem się, jednak wciąż nie otwierałem oczu. Było mi dobrze. Miękko, przytulnie... obok czułem ciepło ukochanego chłopaka, który wciąż leżał na moim ramieniu słodko pochrapując. Odszukałem wargami jego czoła i leniwie pocałowałem. Mruknął, po czym obrócił się na na drugi bok, ściągając ze mnie głowę. Podniosłem powieki i niechętnie usiadłem na skraju łóżka. Przez okno w dachu do pokoju wdzierały się poranne promienie słońca. Po pomieszczeniu z gracją poruszały się drobinki kurzu. W koło wszystko wyglądało radośnie, jakby cieszyło się z nowego dnia. W cieniu pozostawało tylko małe łóżko. Cicho z niego wstałem i przeszedłem do przeciwległej łazienki.
Toaleta należała prawdopodobnie tylko do Gerarda. Panował w niej podobny bałagan jak w jego pokoju. Po podłodze walały się kartki, obierki od kredki do oczu i chusteczki. Mały kosz na brudną bieliznę pękał w szwach. Cóż. Mam chłopaka bałaganiarza. Mam chłopaka... Jakie... ciekawe stwierdzenie. Chłopak ma chłopaka. No bo.. no bo kim właściwie jest dla mnie Gerard ? Przyjacielem? Nie, czymś więcej. Chłopakiem? Kochankiem? Partnerem? Nie. Jest.. po prostu moim Gerardem. Moim i nikogo więcej (mam nadzieję). I jak zwykle rano zapomniałem, po co przywlokłem się do łazienki.
Odkręciłem kurki w kranie. Letnia wodą przemyłem swoje policzki i skronie. Chwyciłem najbliżej leżący ręcznik i wytarłem twarz. Spojrzałem w lustro. Jakiś blady potwór z dziarami na ramionach, trupim wręcz makijaże i tłustymi włosami patrzył na mnie. Ten potwór to ja. Auć. Zacząłem mocno szorować skórę pod oczami wodą z mydłem, co okazało się nie najlepszym pomyłem. Efekt jednak uzyskałem i moja twarz była prawie czysta. Rozejrzałem się jeszcze po pomieszczeniu. Moje lekko szczypiące oczy dostrzegły na wierzchu czarny eye-liner. Odpisuję się troszkę dla Gerarda. Niech się podnieci, a co! Starannie obrysowałem jedno oko. Kiedy kończyłem drugie...
- Fraaank! - usłyszałem płaczliwy krzyk Gerarda, a kredka przejechała mi po połowie policzka. Szybko ją odłożyłem i wybiegłem z łazienki.
- Co jest ?! -wpadłem do pokoju. Siedział skulony na łóżku i nerwowo się rozglądał. Ujrzawszy mnie na jego twarzy zagościł uśmiech. Szybko znalazłem się tuż przy nim i otoczyłem go ramieniem.
- Już nic.. - szepnął. Wtulił się w mój bok. - Bałem się, że mnie zostawiłeś..
- Nigdy cię nie zostawię, głuptasku. - odpowiedziałem i chwyciłem go za brodę. Pocałowałem go. Delikatnie złączyłem nasze wargi. Założyłem mu ręce za głowę mocniej do siebie przyciskając. Był to zwykły buziak. A jednocześnie niezwykły. Wyrażał.. - Kocham Cię.
- Ja ciebie też. - uśmiechnął się i lekko odsunął. Przyjrzał się mojej twarzy. - Śmiesznie wyglądasz. - i znowu go pocałowałem.
*
Rodzice początkowo trochę się wkurzyli, że nie przyszedłem do domu na noc. Ale kiedy opowiedziałem i m, co się stało z Mikey'em i że musiałem przypilnować Gerarda.. uznali, że zachowałem się bohatersko. Ja bym tego tak nie nazwał, ale okej. Dało mi to jednak spokój i mimo, że wróciłem dopiero po dziesiątej (ta.. przy Gerardzie czas mija tak szybko..) nie miałem aż tak przerąbane. Tylko trochę krzyku.
-Frank.. - zaczęła moja mama i uśmiechnęła się delikatnie. Jej brzuch był coraz większy. - Wyjeżdżamy.
- Że jak?! - krzyknąłem, opluwając się płatkami, które jadłem na niedzielne śniadanie. - Nie możemy, ja..
- Oj, przestań. - burknął Greg, który właśnie znosił niedużą walizkę ze schodów. - To tylko tydzień, a ty jesteś już dorosły. Poradzisz sobie bez nas.
- Ale wy.. aa.... - czyli niepotrzebnie się bałem. Musiałem się nieźle opanować, aby nie szczerzyć się jak głupi. Wolna chata. Godziny słuchania muzyki podkręconej na maksa, męczenie gitary.. Może jakaś mała impera? A.. albo zaproszę Gerarda. Teraz już nie udało mi się powstrzymać uśmiechu. Zapewne wyglądało to dziwnie. Mama troskliwie się na mnie spojrzała.
- Dobrze się czujesz? - zapytała. Powąchała mleko z mojej miseczki, a stwierdziwszy, że jest świeże, pokręciła głową.
- Całkowicie. A tak z czystej, ludzkiej ciekawości.. kiedy wybywacie?
*
W poniedziałek nie poszedłem do szkoły. We wtorek też nie. Miałem tak przeogromnego lenia, że nawet nie chciało mi się wstawać z łóżka. Z głośników leciała punkowa muzyka, a ja wystukiwałem jej szybki rytm długopisem o ścianę Zupełnie się nudziłem i nie wiedziałem jak wykorzystać cały ten wolny czas. Oczywiście nie pojadę do szkoły, mimo, że rodzice zostawili mi starego pickup'a na wszelki wypadek. Eh, trudno. Coś się wymyśli. Podniosłem się lekko na łokciach i spojrzałem na zegarek. Troszkę po jedenastej. Zwlokłem się z łóżka, nie chcąc dalej słuchać burczenia mojego brzucha. Wychodząc z pokoju poczułem krótką wibrację w kieszeni. U, dostałem esemesa. Spojrzałem na nadawcę. Zrobiło mi się nagle bardzo gorąco. Od Gerarda. Ciekawe co napisał. " Kochanie, czemu Cię nie ma? :'(". No, w sumie mogłem się tego spodziewać. Trzeba to jakoś rozegrać. ... I go namówić, żeby przyjechał. "A wiesz, mam wolną chatę.. ii.. " szybko wstukałem na klawiaturze. Zszedłem na dół i nalałem sobie zimnej kawy do kubka. Zdążyłem wypić połowę drugiej porcji, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Chwycił przynętę, mądrala.
Podszedłem do drzwi i dopiero skapnąłem się, że znowu jestem w samej bieliźnie i koszulce. Już mnie tak widział, ale nie zmienia to faktu, że lekko się zawstydziłem. Otworzyłem, a Gerard szeroko się uśmiechnął.
- Wiesz, że wyciągnąłeś mnie z matmy? - zapytał, jakby był tym oburzony.
- Potem się odwdzięczysz.. - mruknąłem i stanąłem na czubkach palców, żeby być troszkę wyższym od niego.
Delikatnie cmoknąłem go w usta. Na tym oczywiście się nie skończyło. Założyłem mu ręce na szyję mocno do siebie przyciągając, a on złapał mnie za koszulkę. Wolno rozdzielił nasze wargi i zaczął całować moją szyję i obojczyki. Stałem tak, oddając się jego poczynaniom. Wtedy usłyszałam jakieś ciche klapnięcie. Otworzyłem oczy i spojrzałem z ponad ramienia Gerarda. Mój ukochany się odwrócił. Przed furtką do mojego domu stał mały chłopiec, któremu właśnie spadł lód z patyka. Szeroko otwartymi oczami patrzał na nas, podobnie jak my teraz na niego. Gerry posłał mu buziaka. Chłopiec krzyknął i uciekł. Złapałem przyjaciela za ramię i wciągnąłem do mieszkania, zatrzaskując za nami drzwi.
- Chyba nie powinniśmy okazywać sobie czułości w miejscach publicznych lub takich na widoku.. - mruknąłem. Gerard oparł się o ścianę obok mnie. Zachichotał.
- Nie kłam, jesteś zazdrosny, o to, że to mu posłałem buziaka.. - powiedział, co po chwili przerodziło się w śmiech. Dobra, to się powygłupiajmy.
- JA? ZAZDROSNY?! - wrzasnąłem, na co Gee jeszcze głośniej się roześmiał. Nie jestem niestety tak dobrym aktorem jak on. Tak naprawdę nie byłem zazdrosny, bo w sumie o co.
- Tak, ty. - wykrztusił, trochę się uspokajając.
- Coś masz humorek.. - tak, był strasznie radosny. - Co ty brałeś? - Gerry zmierzył mnie groźnie wzrokiem.
- Nic, jestem szczęśliwy. - mocno zaakcentował ostatnie słowo, machając przy tym rękami, które ostatecznie wylądowały na mich ramionach. - Kocham Cię, wiesz? - uśmiechnął się zadziornie.
- Wiem , ale możesz powtarzać w nieskończoność. - cmoknąłem go delikatnie w usta. - Masz ochotę na jakiś film?
Drugi nędzny horror przeleciał na ekranie telewizora. Nie widziałem wcześniej ani jednego z nich, ale łatwe do przewidzenia było, że główni bohaterowie pójdą dołóżka nienaturalnie szybko a potem jedno z nich zginie. A potem drugie popełni samobójstwo. Jedynym pozytywem było to, że cały czas wtulałem się w Gerarda, momentami przerywając seans jakimś buziakiem. Wcisnąłem czerwony przycisk na pilocie, po czym ekran nabrał czarnej barwy. Chłopak spojrzał na mnie krzywo.
- Nudne to. - burknąłem. Przycisnął mnie do siebie mocniej.
- To co chcesz robić? - zapytał, po czym zaczął całować moją szyję.
- A jak myślisz? - wstał z kanapy i.. podniósł mnie. Przeszedł ze mną kilka kroków i stanął.
- Em.. gdzie jest twój pokój właściwie?
Gerard romantycznie wniósł mnie po schodach, co było równie niewygodne dla niego jak i dla mnie. Ale trudno, skoro mu się chciało, to proszę bardzo. Sam rozpoznał które drzwi były do mojego pokoju (może to przez ten duży plakat Metalliki który na nich wisiał) i otworzył je lekkim kopnięciem. W sumie mogłem tu trochę ogarnąć, zanim go zaprosiłem, ale bałagan był i tak dużo mniejszy niż w jego pokoju. Rzucił mnie na łóżko i po chwili sam leżał na mnie. Potem.. do końca nie pamiętam co się działo. Jakby od razu odpłynąłem rozkoszując się jego ustami, jego ciałem. Nie wiem jak długo się pieściliśmy, w każdym razie Gerard strasznie szybko się zmęczył i zasnął. Nagle złapały mnie swego rodzaju wyrzuty sumienia, o to, że nie powiedziałem mu jeszcze, jak kiedyś Lola się na mnie rzuciła. Muszę to jakoś załatwić. Wyciągnąłem telefon i niechętnie wybrałem jej numer. Odebrała po dwóch sygnałach.

***
baaardzo przepraszam, że tak długo czekaliście. zakończenie jest po prostu dupne, ale nie miałam na nie pomysłu. Z całej serii zostały jeszcze tylko dwa odcinki, są już napisane, kolejny za dwa dni (jej, ale szybko). Przeprasza jeszcze raz ^^;

piątek, 24 czerwca 2011

part nine < 3

Na wstępie chciałabym przeprosić, że tak długo nic nie pisałam tutaj. A właściwie nigdzie, bo wampirze opowiadanie jest po części napisane i tylko wklikiwane na komputer. Strrrasznie się rozleniwiłam po wycieczce, a potem poprawianie ocen, stan zabujania, dużo samotności, wszystko naraz zaatakowało. Przepraszam, przepraszam, przepraszam! Zasadźcie mi mocnego kopa w dupę! Więc. Postaram się teraz więcej pisać, bo są wakacje i jak najszybciej skończyć opowiadanie. Mam kolejne 3 pomysły na inne. Odcinek cienki, wiem, ale.. no nie mam już idei na te opowiadania :( i sorry, że krótkie.
Enjoy.

***
Uderzył mnie silny wiatr. Zamknąłem oczy. Proszę, proszę, niech to będzie jeden z tych nocnych koszmarów. Niech obudzę się w moim ciemnym pokoju.. Podniosłem powieki. Nie.. Znowu widziałem to samo, co przed chwilą. Ciało Mikey'a odrzucone na chodnik po drugiej stronie ulicy, obok niego kałuża krwi. Był blady. Trupio blady. Czy on.. Wzdrygnąłem się. Nie mogę nawet dopuścić takiej myśli. Obejmująca mnie ręka puściła. Gerard upadł na kolana. Schował twarz w dłoniach i zaniósł się płaczem. Obejrzałem się na pozostałych przyjaciół. Patrzeli tępo przed siebie, nie wiedząc, co robić. Coś się we mnie obudziło. Instynkt samozachowawczy. Po pierwsze - nie dać się emocjom. Po drugie - liczy się czas. Po trzecie - zrób coś!
Wyciągnąłem telefon i podałem Bobowi.
- Dzwoń na pogotowie. - zarządziłem. Potrząsnął głową i pospiesznie zaczął wystukiwać numer. Odszedł na kilka metrów. - Sprawdź, czy.. - zwróciłem się do Ray'a.
Szybko przebiegł ulicę. Znalazł się przy Mikey'u. Odchylił mu głowę do tyłu i zbliżył ucho do jego nosa. Nasłuchiwał chwilę, po czym niemrawo się uśmiechnął. Przykucnąłem obok Gerarda leżącego na chodniku. Cały się trząsł. Przysunąłem się lekko, a on rzucił mi się na szyję. Głośno płakał, mocząc przy okazji moje ubranie.
-F..F..Frank.. z..zrób..ccoś.. - wycharczał, połykając łzy. Przycisnąłem go do siebie i poklepałem po plecach.
-Ci.. będzie dobrze..- gdybym miał teraz wolne ręce, za pewne zaliczyłbym facepalm'a. Głupi, głupi ja, ten tekst nie pomaga. Ale.. co mam robić? Podszedł do nas Bob.
- Będą za mniej niż 10 minut.. - szepnął. Spojrzał na mnie. - Co teraz? - zapytał i rozłożył ręce.
- Nie.. - nie zdążyłem odpowiedzieć, bo Gerard mi przerwał.
- Z.. Zadzwoń po moich rodziców.. proszę..
Wszystko wydarzyło się tak szybko. Przybiegli jego rodzice, potem przyjechała karetka. Wszyscy oczywiście się nie zmieściliśmy. Tylko ojciec i matka. Zostaliśmy sami na środku ciemnej uliczki. Odwróciliśmy się i wolno ruszyliśmy przed siebie, w stronę domu Gerarda. W pewnej chwili Bob się zatrzymał.
- A może pojedziemy? Do szpitala? Jestem w stanie jechać.. - zwrócił się właściwie do Gerarda. On nie mógłby teraz prowadzić samochodu na baterie, a co dopiero swojego potężnego motocykla. Spojrzeliśmy na niego wyczekująco.
- Frank.. zabierz mnie do domu.. - szepnął i znowu na mnie zawisł. Przytuliłem go mocno, ale tak, żeby wyglądało to dość naturalnie. Przyjaciele zamilkli patrząc się w drogę.
- Jedźcie. - westchnąłem. Energetycznie zwrócili się w moją stronę. - Tak, pojedźcie. Ja przypilnuję Gerarda, a mając was tam.. no będziemy wiedzieć co się dzieje. - nie czekałem na ich odpowiedź. Po prostu złapałem Gerarda i poszliśmy do jego domu. Przyjaciele posłuchali. Pobiegli do garażu, by po chwili przejechać obok nas na malutkiej zielonej vespie Boba. Ledwo nas minęli i bardzo przyspieszyli. Gerry znowu prawie się przewrócił. - Może cię ponieść? - spytałem.
*
Otworzył drzwi i znaleźliśmy się w ich domu. Podszedłem do pobliskiej kanapy. Miała śmieszne niskie oparcie - sięgało lekko ponad moje kolana oraz znaczną powierzchnię, jakby do spania. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Za pierwszym razem, kiedy tu byłem nie miałem takiej możliwości. Na parterze mieścił się duży salon z kilkoma fotelami, ową kanapą i ogromnym telewizorem, do którego podłączone były różne kable. Obok, odgrodzona tylko niską ścianką, znajdowała się kuchnia i jadalnia. Wszystko urządzone było ze smakiem, w odcieniach brązu.
- Zabawna ta kanapa..- powiedziałem i odwróciłem się do Gerarda. Mierzył mnie dziwnym, głodnym wzrokiem. - Wszystko okay?
- Nie. - odpowiedział. W tej samej chwili skoczył na mnie.
Wpił się w moje usta. Przewróciliśmy się na kanapę. Przycisnął mnie do niej mocno. Całował bardzo łapczywie, nie dając mi nabrać oddechu. Jeździł rękoma po moim ciele. Jedną z nich włożył po moją koszulkę i próbował ją zdjąć. Udało mu się, a wtedy się odsunął. Ciężko dyszał, podobnie jak ja, i chyba chciał znowu znaleźć się na mnie. W ostatniej sekundzie go zatrzymałem. Patrzałem prosto w jego oczy. Pełne były łez. Puścił moje ramiona i bezwładnie usiadł na moich kolanach. Otoczyłem go ramieniem.
- Frank... - mruknął. - zrób coś.. żebym przestał myśleć.. - tylko co?
- Może.. może weź prysznic.. zrobię kawę.. a potem się pomyśli.. - powiedziałem, po czym lekko cmoknąłem go w usta. Wyjątkowo nie odwzajemnił pocałunku.
Wstał i starł łzę z policzka, rozmazując przy okazji makijaż. Wolno podążył do łazienki na poddaszu. Chwilę po nim podniosłem się z kanapy. Poszedłem do kuchni i nastawiłem wodę. Wtedy usłyszałem cichą melodię Mansona z mojego telefonu. Odebrałem.
- Frank? - z słuchawki wydobył się głos Ray'a.
- No. Co u Mikey'a? - zacząłem do razu.
- Więc.. - zawahał się. - Ma.. złamane żebro, stracił dużo krwi i..
- ii..? - zaciekawiłem się. Zaklinałem się w duszy, żeby to nie było nic poważnego.
- Jest w śpiączce. - poczułem swego rodzaju kłucie w sercu. Gardło mi się ścisnęło i nie byłem w stanie mówić. - Spokojnie - uspakajał Ray. - Dają mu dziewięćdziesiąt procent szans.. jak tylko się obudzi wszystko będzie dobrze.
- N..na pewno?
- Tak, nie martw się. A tak właściwie, co u Gerarda, żyje? -zapytał. Trochę nie trafił z pytaniem.
- Ta, bierze właśnie prysznic i..
- Zabrałeś żyletki? Bo.. nie wiem jak teraz, ale.. on się ciął. Ciął i to nieźle. Nikt nie miał na to wpływu..
- Oczywiście. Muszę kończyć.- rzuciłem telefon i biegiem ruszyłem po schodach na górę.
Zza drzwi do łazienki dochodził cichy szum wody. Zapukałem. Nikt nie odpowiedział. Zapukałem znowu. Również cisza. Nacisnąłem klamkę. O dziwo, drzwi były otwarte. Niepewnie zajrzałem do środka. Uderzyła mnie masa pary. Rozejrzałem się się. Gerard stał w zaparowanym prysznicu.
- Gee? - zapytałem. Twarz mojego przyjaciela wychyliła się z kabiny. Spojrzał na mnie, potem na siebie i spłonął na policzkach.
- Frankie? - odpowiedział piskliwym głosem. - Co.. co tu robisz?
- Em.. - no i co tu teraz powiedzieć.
- Poczekasz na mnie w pokoju? Zaraz będę...- uśmiechnął się, po czym gestem ręki wyrzucił mnie z łazienki. Zauważyłem paczkę żyletek leżącą na wierzchu. Chwyciłem je i schowałem do kieszeni. Nie użył jeszcze, mam nadzieję.
Rozsiadłem się na jego niedużym łóżku. Miał tu jeszcze większy bałagan niż wcześniej. Chwyciłem pierwszą lepszą gazetkę i z nudów zacząłem przeglądać. Ekstra, znowu trafiłem na brukowiec. Spojrzałem na stojący przy łóżku zegarek. Było po drugiej w nocy. Nieźle. Napisać sms do mamy? Chyba lepiej nie. Albo tak. Szybko wklikałem na telefonie " Śpię u kolegi" i wiadomość poszła w obieg. W tej samej chwili do pokoju wszedł Gerard wycierający włosy ręcznikiem i ubrany wyłącznie w bokserki. Myślałem, że oczy mi zaraz wylecą. Jest taki ... taki... dobra, opanuj się. Podszedł do mnie, zrzucił mi gazetę z kolan i sam usiadł na nich okrakiem. Odgarnął mi włosy z twarzy. Chwycił mnie za policzki. Mocno przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować. Nasze usta się złączyły. Wewnątrz rozpętała się prawdziwa burza namiętności. Chciałem przewrócić go na łóżko, jednak był szybszy. Rozdzielił nasze wargi i zaczął cmokać mnie po szyi, obojczykach, klatce piersiowej.. Wiecie, zapomniałem, że nie mam na sobie koszulki. Wstał ze mnie. Podniósł moje nogi, tak, że leżałem teraz jak trup. Odpiął mój pasek i powoli, delikatnie zaczął ściągać ze mnie spodnie. Puścił a wtedy ja zrzuciłem ubranie, pozostając tak samo jak on na samych gaciach (i skarpetkach). Położył się na mnie. Założyłem mu ręce na szyję i ponownie złączyłem nasze usta. Gerard masował moje boki, delikatnie próbując zsunąć moje bokserki. Jednym ruchem obróciłem się, tak że teraz ja leżałem na nim. Odsunąłem się nieznacznie, by móc mu się przyjrzeć. Był mój. A ja byłem jego. Położyłem policzek na jego piersi. Cmoknął mnie w głowę, a potem coraz niżej, i niżej, aż zatrzymał się na pępku. Objął mnie w pasie. Podciągnął mnie do pozycji siedzącej. Jedną ręką chwycił mnie za brodę. Patrzeliśmy sobie prosto w oczy, jakby odkrywając siebie na nowo. Wolno zbliżył się. Złożył na moich ustach subtelny pocałunek. Czułem się cudownie. Chciałem tak zostać na zawsze, ale Gerard przycisnął się do mnie mocniej, łącząc nasze języki, które teraz tańczyły razem w naszych ustach. Tak. Kocham go.
Założyłem ręce za głowę i opadłem na miękką, czerwoną poduszkę. Gerard położył się obok mnie, oparł się o moje ramię i cmoknął w policzek. Podniósł kołdrę, którą zakrył nasze prawie nagie ciała. Zamknąłem oczy. Delikatnie bawiłem się jego włosami co sprawiało mu najwyraźniej przyjemność.
- Wiesz co, Frankie? - zapytał nagle i wbił wzrok w moją twarz. Był spocony, z rozmazanym makijażem, z włosami opadającymi na oczy. Nieogarnięcie jak zawsze.
- Co kochanie? - mruknąłem cicho. Przyjaciel podniósł się na łokciach. Zetknęliśmy się nosami.
- Dziękuję, że jesteś Frankie. Dziękuję. - i znów odpłynęliśmy i odmętach naszych ust.

***
Ckliwe mi się wydaje -.-
Długich, szczęśliwych i frerardowych wakacji wam życzę :D

wtorek, 14 czerwca 2011

Friends or Lovers? cz.2

Kolejny part mej radosnej twórczości... Będzie jakiś komentarz? Nie? Buu...
~~~~~~
(Gee)

-Emm... Frank? Czemu się tak... patrzysz... na mnie? - zapytałem i spojrzałem na niego z wyraźnym zdziwieniem.Chłopak automatycznie się zaczerwienił i spuścił wzrok.Okeeej... To było dziwne...
-Ja?Nie... po prostu... Nieważne.Chodźmy już do domu.Środek nocy jest, a my siedzimy na tarasie i wgapiamy w niebo jak te cioty.Wątek wprost jak z jakiegoś yaoi...
-No... W sumie to masz rację... Chodźmy... - powiedziałem i udałem się do środka.
Hmm... Nie, nie miał racji. Po pierwsze: lubił się wpatrywać w gwiazdy i dobrze o tym wiedziałem, po drugie: teraz nie wgapiał się w niebo tylko we mnie, po trzecie: "jak te cioty"? Znałem go. Po prostu chciał uciec od tematu.To się robi coraz dziwniejsze...
-Gee?
Z zamyślenia wyrwał mnie jego głos.
-Taaak?
-Mam pytanie... Tak właściwie, to w czym zamierzasz spać?Bo wiesz... Ja bym Ci pożyczył, ale obawiam się, że moje rzeczy byłyby tak trochę... za małe na Ciebie chyba.Nie uważasz? - zapytał.
Teraz akurat miał rację...
-Hmm... Chyba nie mam innego wyjścia będę spał w ubraniach. To nie tragedia, przeżyję.
-Em, okay.To wiesz gdzie, co jest, łóżko masz pościelane... Dobranoc.
-Dobranoc... A ty nie idziesz spać?
-Nie, jeszcze trochę pooglądam telewizję.Nie chce mi się spać...
-Okay...
Poszedłem do gościnnego i położyłem się na łóżku.Jak na złość akurat teraz nie mogłem zasnąć.Spojrzałem na ekran swojego telefonu, aby sprawdzić godzinę.Przed 4... To nie ma sensu, nie zasnę.Ciągle słyszałem włączony telewizor w pokoju obok.Wstałem i skierowałem się w tamtym kierunku.
Gdy już dotarłem do salonu, pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy była jakaś nudna reklama proszku do prania.Drugą, Frank śpiący na kanapie... Ta, "nie chce mi się spać".Czasami myślę, że on sam nie wie czego chce...
Hmm... Coś musiałem zrobić, ale nie chciałem go budzić.Wiedziałem, że był zmęczony po całym dzisiejszym dniu... Tym bardziej, że lepiej go nie budzić, jeśli chce się jeszcze trochę pożyć... Długo się nie zastanawiałem, wziąłem go na ręce i zaniosłem do jego sypialni.Hmm... Ciężki nie był...
Ułożyłem go delikatnie na łóżku i przykryłem kocem.
-Dobranoc... - cicho wyszeptałem i momentalnie ulotniłem się z jego pokoju, nękany przez jedną, cholernie dziwną myśl. Kiedy spał wyglądał tak... słodko... Nigdy nie myślałem o nim w ten sposób. Tym bardziej, że był moim najlepszym przyjacielem, co stawiało sprawę w jeszcze dziwniejszym świetle.W ogóle cały dzisiejszy dzień był pokręcony... i jakby tak się zastanowić to z tym "yaoi" Frank miał rację.
Wyłączyłem telewizor i położyłem się spać.Teraz jestem jeszcze bardziej pewien, że mi się to nie uda... Mam naprawdę wiele do przemyślenia.
Około 7 rano usłyszałem, że Frank robi coś w pokoju obok.Półprzytomny (w końcu nie spałem całą noc) poszedłem do kuchni.Iero uśmiechnął się do mnie i podał mi kubek gorącej kawy.Takiej jak lubiłem.Jak on dobrze wie czego mi potrzeba...
-Dzięki... - powiedział.
-Hm?
-Zasnąłem na kanapie, a obudziłem się w swoim łóżku, więc...
-Nie ma za co. - przerwałem mu i znowu puściłem mu oczko.
Zaczerwienił się.Dziwne.
-Pff. Nie mrugaj tak, bo Ci zostanie. - powiedział i jeszcze bardziej się zaczerwienił. Jeszcze dziwniejsze...
-Przecież wiem, że to lubisz, skarbie.
Hmm... Czemu by go nie powkurzać?
-Skarbie?! Ty...
-Co, kochanie? - przerwałem mu.
Zaczął mnie gonić. W sumie całkiem ciekawy poranek, co?Ale ja się nie dam się złapać!Uciekłem mu do salonu.Ślepy zaułek... Popchnął mnie na kanapę (tak, na tą samą) i usiadł mi na kolanach.Gdyby ktoś to teraz zobaczył... O bosz...
-I co teraz? - zapytał z triumfem w głosie.
Był tak blisko... Czułem jego ciepło.
-Frank? Co ty...
-No przecież żartuję! - odpowiedział i zaczął się śmiać.
Wrócił do kuchni i zostawił mnie sam na sam z moimi myślami.Chyba coś do niego czułem... Ale się wkopałem...
Wróciłem do kuchni i dokończyłem pić kawę.
-Co powiesz na to, żebyśmy później poszli do kina? - zapytałem i posłałem mu promienny uśmiech.
-Czemu nie... ale pod jednym warunkiem.
-Jakim Frankie?
-Kupisz mi popcorn! - odpowiedział z tym jego wyszczerzem.
No tak... Ten dzień zapowiada się jeszcze "ciekawiej" niż poprzedni...

sobota, 21 maja 2011

part eight < 3

Byłem.. taki nieobecny. Siedziałem w ławce i ogarnięty jakby transem nie wiedziałem, co się dzieje dookoła. Wszystko wykonywałem automatycznie, nie myśląc o niczym, tylko o tym, co się wydarzyło wczoraj. Mam.. mu powiedzieć, co ona zrobiła? A tak ogólnie... dlaczego to zrobiła ?! Dobra, chyba mogę stwierdzić, że jej się spodobałem, ale... tak się nie robi. Czułem się wewnętrznie rozdarty, tocząc bój z moim sumieniem. Nie mogę mu powiedzieć. Znienawidzi mnie. Albo nawet gorzej! Przestanie kochać! Tego bym nie przeżył. Musze się ogarnąć, wyjaśnić tamtej .. łajzie, żeby nic nie myślała, a Gerardowi powiem w odpowiednim momencie. Nie teraz. Jak najpóźniej.
Po wuefie otoczył mnie i Boba ramieniem. Ray stanął naprzeciwko. Ustawiliśmy w kółko, by nikt nie mógł usłyszeć naszej rozmowy.
- To jak panowie, zrywamy się?- zapytał z szaleńczym błyskiem w swoich cudnych, bursztynowych oczach.
- Może być - powiedział Ray, a jego wieczny uśmiech jeszcze bardziej się powiększył. Kurde, zastanawia mnie, czy go przypadkiem nie boli szczęka od tego szczerzenia się.
- Bardzo chętnie, ale mam sprawdzian.. - niestety. Chociaż.. nie. Nie wytrzymam lekcji koło tamtej dziewczyny. - Nie, jednak tak, świetnie. Bob?
- Mi to pasuje. - odpowiedział radośnie. - Maiko jest w domy, że chcesz się zerwać całą bandą?
- Powiedzmy, że zrobimy pierwszą próbę z Frankiem, a potem otrzęsiny - Gerry zaśmiał się złowieszczo. Lekko mnie tym przeraził. Ray i Bob do niego dołączyli. - Kto ostatni na parkingu stawia shaki! - wykrzyknął i rzucił się biegiem.
Chichocząc podążyliśmy za nim, jednak bardzo powoli. Kiedy doszliśmy do postoju Gerard czekał z grymasem wypisanym na twarzy.
- Okay, wszyscy wisicie mi teraz po shaku!
Ray postukał się palcem w czoło, a mina Boba wyrażała więcej niż rafaello. Ja sam zmierzyłem go krzywo wzrokiem.
- Bob, podwieziesz Ray'a, okej? Ja pojadę z Franusiem. - powiedział ckliwie. Przyjaciele zaczęli się śmiać. Mnie w ogóle to nie śmieszyło. Jakoś przypomniało mi to o tym, czym chciałem zapomnieć. A co tam, niech się pośmieją. Usiadłem z tyłu motoru Gerarda i czekałem aż się uspokoją.
Przyjaciel zajął swoje miejsce przy kierownicy. Delikatnie chwyciłem go za boki.Spojrzał się na mnie smutno, jakby chciał, żebym go przytulił.
- Zaraz. Teraz jedźmy. - szepnąłem mu na ucho.
Mocno depnął na gaz. Ekspresowo wyjechaliśmy z parkingu i już pędziliśmy na obwodnicę. Kiedy szkoła zniknęła z widoku mogłem spokojnie wtulić się w jego plecy. Wciągnąłem zapach jego skórzanej kurtki, którą zawsze zakładał na motor. Słońce przyjemnie opalało moją twarz. Mimo początku kwietnia było bardzo ciepło. Mogłem wychodzić na cienkiej bluzie lub koszuli nie martwiąc się, że się przeziębię. W moich rodzinnych stronach musiałbym ciągle nosić kurtkę. Bardzo mi się to podobało.
Jechaliśmy po praktycznie pustej drodze. Zaczął zwalniać. Rozpoznałem okolicę, w której mieszkał. Po chwili zaparkował przed swoim domem, zeskoczył z pojazdu i podał mi rękę. Od razu skorzystałem z jego pomocy. Jednym zamaszystym ruchem przyciągnął mnie do siebie. Cmoknął mnie w czoło.
- Boisz się? - zapytał ze złowieszczym uśmieszkiem.
- Kogo? Ciebie? -odparłem, jednak wyszło niezbyt pewnie.
- Chcesz zobaczyć coś zajebistego?
- No pewnie. - przymknąłem powieki i zbliżyłem się jeszcze bardziej. Myślałem, że mnie pocałuje, jednak się myliłem. Przyjaciel zachichotał, odwrócił się i podążył w stronę swojego domu.
- Nie aż tak zajebistego - przesłał mi przepraszający uśmiech. Zbliżył się do żółtej, metalowej skrzynki wmurowanej w ścianę domu. Wyjął z kieszeni pliczek kilku kluczy i najmniejszym z nich otworzył kłódkę. Wewnątrz skrzynki znajdowały się kolorowe przyciski, parę przełączników i dwa złączone ze sobą kable. - Oto horror XXI wieku. - powiedział triumfalnie i rozłączył kable. Szybko zamknął skrzynkę i chichocząc podbiegł do mnie. Złapał mnie za ramię i próbował się schować.
- GEEERAAAARD!!!!! - krzyk Mikey'a wydobył się z wnętrza domu. Po chwili młodszy z braci stał mocno wkurzony w drzwiach. Jego poza i mimika kipały nienawiścią. - Do jasnej kurwy, ile razy mam ci powtarzać, żebyś tak nie robił czopie ?! Zabiję cię ! - rzucił się w naszą stronę. Odsunąłem się trochę, przez co Gerard był odsłonięty i wystawiony na złość brata.
W tej samej chwili na zielonej vespie nadjechali Bob i Ray. Zatrzymali się na środku ulicy i ze zdziwieniem przyglądali się sytuacji. Gdybym mógł sfotografować ich miny, mielibyśmy ubaw na bardzo długo. Mikey zatrzymał się z rękami przy szyi Gerarda. Gdyby je trochę mocniej zacisnął mógłby go z pewnością udusić. Wszyscy zastygli w bezruchu, gapiąc się jedni na drugich.
Nie wytrzymałem i wybuchłem śmiechem. Po chwili dołączyli do mnie przyjaciele. Nawet Mikey się rozpogodził.
- Ale jeśli jeszcze raz mi wyłączysz prąd, kiedy będę wbijał level, nie ręczę za siebie. - zagroził bratu.
Śmiejąc się, ruszyliśmy do garażu Boba.
*
- Za naszego nowego gitarzystę! - krzyknął Bob i wszyscy stuknęliśmy się puszkami napoju energetycznego. Nie przepadałem za smakiem owego trunku, ale toast, w dodatku na moją cześć, to toast. Chłopakom podobał się mój styl gry. Idealnie się do nich dopasowałem. Gerard otoczył mnie ramieniem. Moje serce znowu przyspieszyło. Naprawdę, kiedyś dostanę przez niego palpitacji.
- Okay, idziemy na miasto. Każdy ma wymyślić jakieś.. wyzwanie, które każdy będzie musiał wykonać. W szczególności Franuś.. - nie skończył, bo szturchnąłem go łokciem w brzuch. Zgiął się w pół i odsunął ode mnie. - Dobra, Frankie w szczególności musi wykonać każde, jako nowy członek oczywiście.
Wyszliśmy z mieszkania. Słońce powoli zbliżało się ku linii horyzontu. Wolnym, lansiarskim krokiem szliśmy środkiem pustej ulicy. Ray włączył głośną muzykę ze swojej komórki. Chyba Deep Purple. Mimo niskiej jakości dźwięki uprzyjemniały marsz. Po kilku minutach znaleźliśmy się w parku. Ray wybiegł przed nas.
- To kto pierwszy?- zapytał. Cisza. - Dobra.. To.. może kto plunie najdalej ?
- Ray, takie głupoty to w przedszkolu.- powiedział Bob, jednak po chwili zaczął charczeć, zbierać ślinę w ustach i plunął.
Jego mela jednak nie poleciała, tylko spłynęła po jego brodzie. W ciszy patrzeliśmy jak substancja spływa, aż w końcu wylądowała na czubku czerwonych trampek. Wybuchliśmy śmiechem i teraz wszyscy charkaliśmy, by zebrać jak najwięcej śliny. Obok stanęła kobieta z sześcioletnim dzieckiem. Przyglądał się nam z obrzydzeniem, nie tak jak jej synek, który próbował nas naśladować. Przestaliśmy pluć i oddaliliśmy się biegiem, byle jak najdalej od niej.
- Dajecie dzieciom zUUy przykład! - krzyknęła na odchodnym. Maluch się osmarkał.
Włóczyliśmy się kilka minut, kiedy natrafiliśmy na dużą, płytką, okrągłą fontannę.
- Skoro wygrałem pierwszą rundę.. - mruknął Bob. Zmierzyliśmy go chłodnym wzrokiem, jednak nic nie powiedzieliśmy. - To teraz do fontanny! - krzyknął i wskoczył do sadzawki. Gerard od razu wskoczył za nim, przewracając się przy okazji i wciągając Mikey'a do wody. Troje zaczęli chlapać się zimną wodą. Sztywno stałem obok Ray'a i patrzyłem na ich wariactwa.
- Ja nie idę. Afro mi zamoknie.- powiedział Ray.
- A ja ogólnie nie chcę moknąć. - dopowiedziałem. Gerard wyszedł z brodzika, podszedł do mnie i z nienacka mnie podniósł. - Postaw mnie! - nie słuchał, tylko podążył z powrotem do fontanny.
Trafiłem prosto pod strumień wody wypływający z głowy wielkiej, betonowej ryby. Usiadłem na dnie i ze skwaszoną miną czekałem, aż przestaną. W sumie to to nawet ciekawie wygląda.. Wstałem i dołączyłem do nich. I tak już jestem mokry. Po chwili zauważyłem, że Ray celuje w nas aparatem od telefonu. Zastygłem w bezruchu. Po chwili reszta przyjaciół również to zauważyła.
- Ray! - krzyknął Mikey i ruszył się w jego stronę.
Zaczął uciekać, więc rzuciliśmy się w pogoń. Uwierzcie mi, w mokrych ubraniach i butach biega się o wiele gorzej niż w suchych. Jednak opłaciło się namęczyć, żeby go dorwać. Wyrwałem mu telefon z ręki i zobaczyłem krótki filmik, jak chlapiemy się w fontannie. Boże, czy to naprawdę wyglądało tak idiotycznie? Usunąłem zanim się skończył.
- No ej, jak to takie śmieszne było.. - mruknął smutno i zabrał mi telefon.
Rozejrzałem się. Zapadała noc. Pierwsze uliczne latarnie rzucały na nas światło.
- Idziemy się wysuszyć czy zamierzamy łazić po mieście w mokrych ciuchach..?
*
Było koło dwunastej. Specjalnie wyłączyłem mój telefon, żeby mama nie mogła się do mnie dodzwonić. Szliśmy ciemną ulicą, śmiejąc się i żartując. Myślami byłem jednak daleko. Ciekawe, czy ułoży się nam jako zespołowi. Mam taką nadzieję. Z nimi mógłbym spędzić resztę życia. Są cudownymi przyjaciółmi, a Gerry.. Gerry jest cudowny na swój sposób. Sposób który tak bardzo kocham. Przy nim nic się nie liczyło.
Rześkie powietrze owiało moje gołe ramiona. Zadrżałem z zimna, lecz po chwili poczułem obejmujące mnie ramie Gerarda.
- Zimno, kochanie? - szepnął ledwie słyszalnie.
- Już nie - odpowiedziałem równie cicho. - To kto teraz wymyśla zadanie? - skierowałem głośniej pytanie do przyjaciół.
- Przebiec przez ulicę z zamkniętymi oczami! - krzyknął Mikey, który był już w połowie drogi. Z za zakrętu wyłonił się pędzący samochód. Pisk opon.
- Mikey, nie !!!

***
Zero pomysłu ._.
Króciutkie, nie miałam weny.
Jadę, jadę :D
Więc macie jeszcze jedną porcję Freradów:
blog tylko mój, z osobnym opkiem ;]
Aha. I na końcu, czego nie udalo mi się dobrze opisać...
Mikey ma wypadek.
Bójcie się o niego ^vv^